GPS

Giovanni Paolo Santo, czyli w skrócie GPS – podpowiada mi nawigacja. Dlaczego jest święty?

Zdumiewała mnie jego niezwykła pokora – opowiadał mi ksiądz Marian Rajchel, egzorcysta z diecezji przemyskiej. – Pamiętam, że podczas jednego z egzorcyzmów demon wrzasnął: „Ten wasz papież! Tym pocałunkiem czyni nam więcej szkody niż wy waszymi egzorcyzmami! Jeden taki pocałunek jest gorszy niż tysiąc pięćset egzorcyzmów!”. Chodziło o pocałunek, który Jan Paweł II składał na ziemi kraju, do którego przybywał. Tego gestu nauczył się od św. Jana Marii Vianneya, Proboszcza z Ars, który czynił to samo, gdy przekraczał granicę parafii, do której był posłany. – Dla nas to był tylko piękny gest – mówił ks. Marian. – A to był wyraz miłości do tej ziemi i zły duch to znakomicie odczytał.

Więźniowie płakali

Ciągnęło go do ludzi. Prof. Jan Grosfeld był świadkiem spotkania papieża z więźniami w Płocku 7 czerwca 1991 r. – Przyszli nieufni, siedzieli otępiali. To był spęd, jeszcze jedna impreza, na którą ich zwołano. Nagle papież wszedł i… rozbił tę atmosferę. Oderwał się od obstawy i wszedł miedzy więźniów, w sam środek rzędów i krzeseł, ściskając, obejmując. A mnie dotknęła wtedy ogromnie ważna rzecz. Co się dzieje z więźniami? Osadzeni mówią: jesteśmy niewinni. A przecież większość jest winna i to bardzo poważnie. A Bóg nie może dotrzeć do człowieka, który mówi o sobie, że jest niewinny, bo Pismo wyraźnie stwierdza: „Wszyscy zgrzeszyli, a kto mówi, że nie ma grzechu, jest kłamcą”. I dlatego gdy widzimy ludzi wyznających swój grzech, to znaczy, że przyszła moc z nieba. Ja widziałem twarze tych więźniów: byli zdumieni, że ktoś taki przyszedł do nich. Bo oni, choć udają, że są niewinni, uważają się w gruncie rzeczy przecież za margines społeczeństwa, za nic. Sam fakt, że przyszedł papież, spowodował, że wielu z nich zobaczyło swój grzech. Klękali i płakali.

Uciekał w modlitwę

Kardynał Zenon Grocholewski opowiadał, że będąc w latach 70. w Rzymie, często widział, jak wyczerpany wielogodzinną pracą czy podróżą Wojtyła szedł do kaplicy na długą modlitwę. Jego przyjaciele już dawno spali... Rocco Buttiglione, włoski polityk i nauczyciel akademicki, zabłądził kiedyś w Castel Gandolfo. Wszedł przez pomyłkę do salki, gdzie trzymano miotły, i… zastał tam klęczącego, zatopionego w modlitwie papieża. – Podpatrywałem Jana Pawła II. Śmiejemy się, rozmawiamy, a nagle on gdzieś się gubi. Zapada się w Pana Boga – wspomina kard. Franciszek Macharski.

– Wyraźnie to widziałem. Ale to nie było żadne dziwactwo. Pamiętam na przykład takie zdarzenie: ze znajomymi kapłanami poszliśmy kiedyś zwiedzać kościoły – wchodzimy, wychodzimy, spacerujemy. „A gdzież jest Karol?” – ktoś pyta zaskoczony. A on na tym samym miejscu, co na początku. Modlił się. To nie było dziwactwo, ale jego naturalne zachowanie. Trzeba się było tylko dać zarazić. – Mnie, podobnie jak kard. Johna Foleya, zachwycało to jego mruczenie w czasie modlitwy… – dopowiada o. Jan Góra. – Co tu dużo gadać: widać było, że ten człowiek rozmawia z Bogiem. Miał też słuch „absolutny”. Dzięki temu doskonale wyczuwał, co siedzi w drugim człowieku.

Był prorokiem

– Od samego początku jego pontyfikatu działy się ogromne cuda – opowiada dominikanin o. Jacek Salij. – Na przykład takie, że różne narody i społeczeństwa pod wpływem jego pielgrzymek uświadamiały sobie swoją głęboką chrześcijańskość, o którą ich pierwotnie nikt nie podejrzewał… Spotkanie z młodymi w Denver miało być ogromną medialną klapą. Kto przyjdzie w Ameryce na konserwatywnego, wymagającego papieża? Okazało się, że przyszły prawdziwe tłumy. My, Polacy, doświadczyliśmy tego najwyraźniej w czasie jego pierwszego przyjazdu w 1979 roku. Okazało się, że wbrew temu, co nam wmawiano i co pokazywała telewizja, nasze przywiązanie do Chrystusa jest jednak przeogromne. I takie cuda zdarzały się wielokrotnie. Trwał do końca na „posterunku”. Dlaczego nie zrzekł się swego urzędu papieskiego mimo niedołężności? – pytali ludzie. Sugerowali wówczas takie rzeczy. A ja myślę, że on usłyszał wtedy mocny nakaz na modlitwie. Modlił się i usłyszał: „Zostań. Idź do końca”. I posłuchał. I nagle w czasach, gdy człowiek niedołężny jest traktowany jak piąte koło u wozu, niepotrzebny mebel, a nawet ludzki złom, gdy mówi się o bezsensowności cierpienia, papież dał świadectwo, że człowiek bardzo cierpiący i niedołężny nie tylko ma taką samą godność jak człowiek zdrowy, ale jeżeli mocno trzyma się Pana Jezusa, jest też człowiekiem po prostu pięknym! – Pamiętam ostatnie rekolekcje dla Jana Pawła II – wspomina Raniero Cantalamessa, kaznodzieja domu papieskiego. – Papież był już wtedy bardzo chory. Leżał w szpitalu. Ale mimo że ogromnie cierpiał, poprosił o to, by mógł słuchać moich kazań. Chciał mieć bezpośredni telewizyjny kontakt z kaplicą, gdzie głosiłem kazania. To niespotykane. Normalnie osoba w sytuacji tak ogromnego cierpienia myśli tylko o sobie! Pamiętam też inną, wcześniejszą sytuację: głosiłem rekolekcje w bazylice św. Piotra. Był Wielki Piątek i tuż po Mszy miała być Droga Krzyżowa. Mówiłem wolno, celebrowałem słowa, bo w kościele był spory pogłos, a chciałem być dobrze słyszany. I przedłużyłem o dziesięć minut. Patrzę, a jeden z francuskich biskupów nerwowo spogląda na zegarek. Na drugi dzień siostry zakonne powiedziały mi, co wydarzyło się później. Papież zawołał go dyskretnie do siebie i powiedział: „Gdy słucha się słowa Bożego, nie wypada spoglądać na zegarek”. Albo inna historia. Miałem głosić papieżowi rekolekcje. Jadę i jadę, ale niestety w całym Rzymie były straszne korki. I kiedy wreszcie dotarłem do Watykanu, byłem piętnaście minut spóźniony. Patrzę, a niektórzy biskupi i kardynałowie są wyraźnie zniecierpliwieni i rozdrażnieni. A w środku siedzi Jan Paweł II i spokojnie, nigdzie się nie spiesząc, odmawia sobie Różaniec. (śmiech) – Widziałem ogromną samotność papieża na początku lat 90., kiedy Polska i inne kraje, które odzyskały wolność, przestały słuchać jego głosu i rzuciły się w wir konsumpcjonizmu. Widać było, że bardzo wówczas cierpiał – wspomina Andrea Tornielli, ceniony watykanista. – Był to człowiek od samego początku niezwykle zdeterminowany, odważny. Na przykład w 1979 roku, gdy wszyscy mu odradzali wyprawę do puebli. Wysłuchał ich opinii, a na końcu rzucił: „W takim razie jadę!”. Jestem pewien, że kilkadziesiąt lat wcześniej ojciec Pio widział proroczo w Wojtyle człowieka, od którego zależeć będzie przyszłość Kościoła. Wystarczy prześledzić dokumenty, które świadczą o tym, w jak szczególny sposób traktował korespondencję z tym nieznanym księdzem z Wadowic. To była korespondencja między dwoma mistykami. Tuż przed swą śmiercią o. Pio powiedział swojemu asystentowi, by zachował właśnie te listy.

Dopiero teraz się zacznie

Najwięcej o świętości Jana Pawła opowiedział mi… policjant. Enrico Marinelli, Włoch, od 1985 roku odpowiedzialny za zapewnienie bezpieczeństwa papieżowi. Często towarzyszył mu w jego wypadach w góry. – Szybko dotarło do mnie, że najważniejszym celem papieża jest kontakt z ludźmi. Przeszkodzenie mu w tym było czymś nie do pomyślenia – wspomina policjant okrzyknięty przez Jana Pawła II „generałem”. – Przecież on za mojej kadencji w samej tylko diecezji rzymskiej odwiedził 185 parafii! Jeździł po całym świecie i nigdy nie zrezygnował z kontaktu z naturą. W wysokich górach był nadal księdzem, który zagłębiał się w modlitwę z różańcem w ręku. Do tej pory żaden papież nie „uciekał” z Watykanu na wypady w góry. W czasie górskich spacerów (wybierał trasy w bardzo wysokich górach – ponad dwa tysiące metrów, w Dolomitach, w Alpach na 2700 metrów) nie rozstawał się z różańcem. Modlił się non stop. Zauważyłem od razu, że on nie wyjeżdżał w góry tylko po to, by wypocząć. Nie! On tam nieustannie się modlił, pościł, a nawet umartwiał… Szliśmy na jakiś wysoki szczyt, papież wiedział, że nie ma jedzenia, ale oznajmił nam, że koniecznie musi wejść na samą górę. Kardynał Stanisław Dziwisz podszedł do mnie i dyskretnie zapytał: „Nie ma niczego do jedzenia?”. „Mam kanapki od żony” – odpowiedziałem i wręczyłem mu bułki. Był w nich oryginalny ser z mojej rodzinnej miejscowości. Papież zjadł, a potem powiedział: „Bardzo dobry ser. Z gór?”. Kiedyś pod koniec jednego z męczących dni wspinaczki papież podszedł do mnie, zdjął czapkę i… ukłonił się: „Dziękuję, nie zasłużyłem sobie na to”. Zatkało mnie. Zaniemówiłem. Co ja, biedaczek, mogłem w takiej chwili myśleć? Niestrudzonego ewangelizatora Daniela Ange spotkałem przed tygodniem w Rzymie. W czasie liturgii długo pochylał się, całując relikwie Jana Pawła II. – On jest tu z nami obecny! – przekonywał. Nie mówił „był”, ale „jest”. – Myślę, że on właśnie teraz zaczyna swoją misję – wyjaśnia założyciel wspólnoty Młodzi i Światło. – Jak Mała Tereska, która zaczęła podróż po świecie dopiero wtedy, gdy poszła do nieba. Skończyło się wielkie cierpienie Jana Pawła, jego ograniczenie przez czas. On nie mógł być wszędzie, a teraz nie ma już żadnych barier. Nie jest już ograniczony schorowanym 84-letnim ciałem, ale żyje w tej swojej wiecznej „osiemnastce”! Dopiero teraz się zacznie!

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg