Wspomina prof. Maria Braun-Gałkowska

Wuj kocha góry, a że i nas kocha, więc wybraliśmy się razem w Gorce. Najpierw była Msza św. w kaplicy przy ulicy Kanoniczej, a potem pobiegliśmy na dworzec, żeby zdążyć na zakopiański autobus. Mieliśmy wysiąść z niego w Rdzawce, by się spotkać tam z Księdzem Biskupem, którego podwoził kierowca.

Wbiliśmy się do autobusu, a ponieważ działo się to za ”głębokiej komuny”, jechaliśmy w sposób, który dziś nawet trudno sobie wyobrazić. Staliśmy sprasowani jak sardynki, nie widząc wcale, co się dzieje za oknem. W taki to sposób przejechaliśmy właściwy przystanek i musieliśmy wracać do Rdzawki parę kilometrów. Kiedyśmy tam przybiegli, Wuja już nie było - zgodnie z umową poszedł na Turbacz. Goniliśmy go więc parę kilometrów pod górę, a dogoniwszy, dalej szliśmy już razem. Po drodze wspinaliśmy się na wieże triangulacyjne, by popatrzeć na góry, podziwialiśmy kolor lasów, odpoczywaliśmy pod drzewami.

Wędrując, rozmawialiśmy o sprawach naprawdę ważnych (...). Szliśmy więc, patrząc i rozmawiając, a że Wuj kocha góry i nas kocha, a przede wszystkim kocha Pana Boga i dużo się modli, więc i my modliliśmy się trochę razem z nim. Ponieważ przyjaźń jest jak wino, im starsze, tym wyborniejsze, więc i nasza przyjaźń nabrała przez lata szczególnej wartości. Kiedyśmy jednak wędrowali na Turbacz, byliśmy jeszcze bardzo młodzi, a Wuj też był młody, choć jako biskup i profesor miał mnóstwo obowiązków. Mimo to - jak mógłby ktoś powiedzieć - poświęcał nam dużo czasu. Nie jest to jednak dobre określenie. Nie było tak, że Wuj poświęcał nam czas, on włączał nas do swojego czasu.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama