Podróż naznaczona smutkiem

To był przejmujący dzień, łzy same cisnęły się do oczu – mówił Franciszek, wracając z Lesbos. Papież odwiedził tam obóz dla uchodźców. Zapewnił ich, że nie są sami, i poprosił, by nie tracili nadziei. Świat wezwał do realnego rozwiązania tego największego od czasów II wojny światowej kryzysu humanitarnego.

To była najkrótsza zagraniczna podróż Ojca Świętego – trwała zaledwie 5 godzin. Jej symbolicznym podsumowaniem jest powitanie przez Franciszka na włoskiej ziemi dwanaściorga syryjskich uchodźców, których zabrał ze sobą z Lesbos. To trzy muzułmańskie rodziny. Na razie zamieszkały one w schronisku prowadzonym przez rzymską Wspólnotę św. Idziego. Potem przeniosą się do mieszkań udostępnionych przez Watykan, który wziął na siebie ich całkowite utrzymanie. Wśród zabranych do Włoch rodzin mieli być także chrześcijanie, ale albo nie mieli odpowiednich dokumentów, albo przybyli na wyspę już po podpisaniu porozumienia między UE a Turcją.

Kropla w morzu

Hasan i Nour są inżynierami. W wyniku bombardowań Damaszku stracili nie tylko dom, ale i całą rodzinę. – Uciekliśmy do Europy, by dać lepsze życie naszemu dwuletniemu synowi – mówią, wspominając dramatyczną przeprawę pontonem przez morze. Ramy był nauczycielem, jego żona Suhila krawcową. Mają troje dzieci. Pochodzą z Dajr az-Zaur, miasta w strefie okupowanej przez Państwo Islamskie.

– Dopóki nie dotarli do nas fundamentaliści, dało się żyć. Potem zapanowała przemoc – mówi Ramy i dodaje: – Przez całe lata mówiłem moim uczniom o wartości pokojowego współistnienia, wzajemnego szacunku i respektowania przekonań ludzi innych religii, a islamiści w jednej chwili to zniszczyli. Osama i Waffa z dwojgiem małych dzieci uciekli z Damaszku. Ich sześcioletni synek był świadkiem bombardowań, widział, jak giną ludzie. – Na długie miesiące zamknął się w sobie i nie mówił ani słowa. Teraz nocą budzi się z krzykiem, bo wydaje mu się, że spadają bomby – opowiada matka.

– Dwanaścioro naszych gości to dzieci Boże i to właśnie jest ich jedynym przywilejem. To, że ich zabieramy, to mały gest. To prawda, że jest to kropla w morzu potrzeb, ale po tej kropli morze nie będzie już takie samo – tłumaczył papież dziennikarzom swą decyzję.

„Pomóż nam dostać się do taty”

Papież odwiedził Lesbos w towarzystwie dwóch prawosławnych hierarchów: patriarchy Konstantynopola Bartłomieja I oraz arcybiskupa Aten i całej Grecji Hieronima II. Pomysł, by dać wspólne świadectwo chrześcijan w obliczu tego katastrofalnego kryzysu humanitarnego, wyszedł od patriarchy Bartłomieja. Od razu poparł go abp Hieronim oraz władze Grecji. Obóz Moria jest przeznaczony dla tysiąca osób, ale obecnie jest ich tam trzy razy więcej. Jedna trzecia to dzieci. Brakuje łazienek, miejsc do spania. Rodziny z dziećmi śpią na ziemi pod gołym niebem. Brakuje żywności i lekarstw. W drodze na Lesbos papież powiedział, że będzie to podróż naznaczona smutkiem, a po wizycie wyznał, że to, co zobaczył, przerosło jego najśmielsze wyobrażenia.

Kiedy papież, patriarcha Bartłomiej i abp Hieronim weszli do obozu, rozległy się okrzyki: „Chcemy wolności” i „Papież naszą nadzieją”. Na zwykłych kartkach i kartonach uchodźcy wypisali swe pragnienia: „Pomóż prześladowanym jazydom!”, „Chcemy godnie żyć”, „Pokój!!!”. Franciszek przechodził wśród ludzi, ściskał ich dłonie, pozdrawiał, słuchał ich opowiadanych w pośpiechu przejmujących historii. Może siedmioletnia dziewczynka z płaczem upadła papieżowi do stóp, błagając go o pomoc. Obok stały jej matka, z tą charakterystyczną godnością, którą tylko cierpienie żłobi na twarzach, i jej młodsza siostra z kartką: „Pomóż nam dostać się do taty!”. Okazało się, że mężczyzna dotarł do Niemiec przed rokiem, a jego rodzina utknęła na Lesbos. Przy pomocy tłumacza papież zapewniał: „Zrobię, co tylko będę mógł”.

Dzieci dawały Franciszkowi rysunki. Każdy z nich oglądał. Po czym poprosił jednego z ochroniarzy: chcę je mieć pod ręką w czasie spotkania z dziennikarzami w drodze powrotnej. I rzeczywiście dzieła maluchów stanowiły papieski komentarz do tej podróży. Na jednym z nich widać ponton, a przy nim tonące dzieci i płaczące nad nimi słońce. – Jeśli nawet słońce jest w stanie płakać, to i nam dobrze zrobi trochę łez – mówił papież. W obozie wysłuchał świadectwa młodego mężczyzny, który stracił żonę. Został sam z dziećmi. Nie ma nawet 40 lat. Jest muzułmaninem. Powiedział Franciszkowi, że poślubił chrześcijankę. „Kochali się i szanowali nawzajem. Ale niestety tej młodej kobiecie terroryści poderżnęli gardło, bo nie chciała wyrzec się Chrystusa i porzucić swej wiary. Jest ona męczennikiem. A ten człowiek tak bardzo ją opłakiwał ” – wspominał poruszony papież w czasie popielgrzymkowego spotkania z wiernymi w Watykanie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama