Do Australii po ślub

**Ula Rogólska, nasz specjalny korespondent na XXIII ŚDM** Po nieco ponad dobie lotu z Krakowa, przez Paryż, Hongkong dotarliśmy do Melbourne 11 lipca około 22.00 (czasu australijskiego). Nabieramy praktyki, że jeśli od czasu, który wskazują australijskie zegarki odejmiemy osiem godzin, będziemy wiedzieli która jest godzina w Polsce.

Wita nas plus siedem stopni ciepła – w końcu lipiec, to środek australijskiej zimy... Ciemno zrobiło się już dawno. Gdzieniegdzie przez chmury widać gwiazdy. Inne pod niebem północnej Europy. Przypuszczamy, że podczas ostatniego etapu naszej lotniczej podróży – z Hongkongu do Melbourne – mieliśmy przedsmak tego co nas czeka. Razem z nami w samolocie młodzi z Neokatechumenatu z Anglii (w międzynarodowym gronie Anglików, Polaków i Włochów), Służba Maltańska z Niemiec i grupa młodych z diecezji: katowickiej, sosnowieckiej, bielsko-żywieckiej, której przewodzi ks. Jacek Plech z Katowic. Dopiero się poznajemy. Pierwsze kontakty, rozmowy tak w samej grupie jak z młodymi z pozostałych grup i... urodziny zorganizowane już wspólnie w samolocie jednemu z uczestników – Leszkowi.

Na lotnisku w Melbourne czekają na nas już nasi gospodarze – przedstawiciele Polaków, którzy spotykają się w parafii St. Ignatius Parish in Richmond. Dzięki ich ogromnej życzliwości i otwartości – każdy z nas zamieszka w ich domach. Wszyscy czekają na nas w Penola Catholic College w Broadmeadows. Bardzo sprawna organizacja sprawia, że po kilkunastu minutach każdy z nas jest już w drodze do domów naszych gospodarzy, którzy przyjmują nas z iście polską gościnnością.

Pani Kasia Godyń, pielęgniarka, w swoim domu przyjmuje naszą czwórkę – jestem tu z Beatą Kusiak z Piekar Śląskich, Anią Osadnik z Tychów i Janką Haratyk z Istebnej. By nas przyjąć musiała nieco przeorganizować swoje życie codzienne. Pracuje w systemie 12-godzinnym w szpitalu. Żeby być z nami codziennie ustawiła sobie zmiany pracy na... nocki. Nie wspominając o ulubieńcach: psie Cezarze, który musiał zamieszkać na czas naszego pobytu u sąsiadów, bo mógłby mieć problem z akceptacją naszej czwórki powędrował. Kotka Foxy też jest jeszcze nieufna – dwie z nas zajmują jej ulubiony pokój...

Przy pysznej zupie ogórkowej z grzankami (polskie ogórki kiszone sprowadzone przez Polonusów można tu kupić) poznajemy się z Kasią i jej sąsiadem Michałem, który pomógł nam przewieźć bagaże do South Morang. Kasia mieszka tu od 3 lat, a na emigracji w ogóle – od 25 lat. Od niej dowiadujemy się o niezwykłej otwartości i życzliwości Australijczyków dla wszystkich przybyszów. Taka jest też tutejsza Polonia. Kasia mówi, że kiedy 2 miesiące temu dowiedzieli się, iż przyjedziemy, nie było najmniejszego problemu ze znalezieniem rodzin, które chciałyby nas przyjąć i ugościć.

Rozmowy przeciągają się do pierwszej. Jutrzejszy dzień spędzimy z naszymi gospodarzami. Po południu...wielkie święto. Paulina Chmielewska i Sebastian Opozda z katowickiej grupy powiedzą sobie sakramentalne tak w kościele św. Ignacego w Richmond.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |