Usłyszałam: „Wstań!”

O cudzie kanonizacyjnym Jana Pawła II z uzdrowioną za jego wstawiennictwem Floribeth MorĄ Díaz

Leszek Śliwa: Jak to jest z cudownym uzdrowieniem? To jeden moment czy stopniowy proces? Chory dowiaduje się, że wyzdrowiał, od lekarza, czy sam to czuje wcześniej?

Floribeth Mora Díaz: W moim przypadku to była jedna konkretna chwila, której nie zapomnę do końca życia. Lekarze potem tylko potwierdzili to, co sama czułam, że jestem już zupełnie zdrowa.

Co się wydarzyło podczas tej chwili cudu?

Zbudziłam się i nagle usłyszałam głos: „Wstań, nie lękaj się!”. Głos nie dochodził z zewnątrz, tylko „wybrzmiał” w mojej głowie. Nie potrafiłam wcześniej wstawać o własnych siłach, lewą stronę ciała miałam sparaliżowaną, ale spojrzałam na leżącą koło łóżka gazetę. Na okładce było zdjęcie Jana Pawła II w jego charakterystycznym geście, z podniesionymi w górę rękami.

Skąd się wzięła ta gazeta koło łóżka?

Ktoś z mojej rodziny ją położył poprzedniego dnia. Gazeta zapowiadała mającą nastąpić beatyfikację Jana Pawła II, dlatego zdjęcie papieża znajdowało się na okładce. Transmisja Mszy beatyfikacyjnej z Watykanu zaczynała się o drugiej w nocy czasu kostarykańskiego. Zażywałam leki uśmierzające ból i uspokajające, po których zwykle mocno spałam, ale bardzo chciałam oglądać tę transmisję, więc nie zasnęłam. Po transmisji jednak zapadłam w głęboki sen. Kiedy się zbudziłam, usłyszałam ten głos. Spojrzałam na gazetę i odniosłam wrażenie, jakby ręce papieża wysunęły się z gazety, przytrzymały moje ramiona i pomogły mi się podnieść. Nie bardzo wiedziałam, co się dzieje. Poszłam do kuchni i odkręciłam wodę nad zlewozmywakiem, żeby pozmywać naczynia tak jak wtedy, gdy byłam zdrowa. Mąż wszedł do kuchni i aż krzyknął: „Co ty robisz? Przecież powinnaś leżeć”. A ja odpowiedziałam: „Czuję się dobrze”. Bo rzeczywiście tak było. Wprawdzie lewą stronę ciała nadal miałam sparaliżowaną, ale czułam się silna, nic mnie nie bolało. I przede wszystkim gdzieś zniknął strach, który mi towarzyszył od początku choroby. Czułam, że moja dusza jest uleczona. A ciało z dnia na dzień stawało się coraz sprawniejsze.

Cierpiała Pani na tętniaka mózgu?

Tak, co gorsza, ten tętniak był usytuowany w środkowej arterii mózgu i lekarze ocenili, że nie da się go usunąć operacyjnie.

Czyli nie dawali Pani żadnych szans?

Żadnych. Powiedzieli mi wprost: ten tętniak może pęknąć dzisiaj, a może dopiero po miesiącu. Na pewno jednak prędzej czy później pęknie i wtedy nastąpi śmierć. Potem się dowiedziałam, że mój przypadek konsultowali nawet ze specjalistami z Meksyku i oni też orzekli, że nikt nie może mi pomóc. Wypisali mnie ze szpitala, żebym umarła w domu. Potem rozmawiałam o tym z mężem. Kiedy powiedzieli mu, że mnie wypisują, chciał się najpierw buntować i protestować, bo wiedział, co to oznacza. Zaczął się wtedy, jeszcze na korytarzu szpitalnym, modlić o ratunek do Jana Pawła II. I usłyszał wewnętrzny głos: „Nie bój się, zabierz ją”.

Czemu zwracał się o pomoc właśnie do Jana Pawła II? Jest przecież wielu innych wielkich świętych, a Karol Wojtyła nie był jeszcze wówczas wyniesiony na ołtarze?

Oboje z mężem byliśmy zafascynowani osobą Jana Pawła II od czasów jego pielgrzymki na Kostarykę w roku 1983. Miałam wówczas 19 lat. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiły na mnie jego duchowe ciepło i siła. Od tego czasu pilnie obserwowałam wszystko, co robi. Dla mnie już wtedy nie było wątpliwości, że to święty człowiek. Mój mąż pracował wówczas w policji i był wśród funkcjonariuszy ochraniających porządek podczas papieskiej pielgrzymki, miał więc okazję widzieć papieża z bliska. I jego odczucia były dokładnie takie same jak moje. To, że w czasie mojej choroby zwróciliśmy się o pomoc i ratunek właśnie do niego, było dla nas zupełnie naturalne.

Choroba pojawiła się nagle?

Nagle i niespodziewanie. Wcześniej byłam zupełnie zdrowa. Leżałam w szpitalu tylko wtedy, gdy rodziłam dzieci. A to spadło jak grom z jasnego nieba. Pierwszym objawem był niezwykle silny ból głowy połączony z nudnościami. Żadne leki przeciwbólowe nie działały. Poprosiłam męża, żeby zawiózł mnie do lekarza. To było 8 kwietnia 2011 roku. Lekarz ocenił, że to migrena z przemęczenia. Po kilku dniach atak się jednak powtórzył, zrobiono mi szczegółowe badania i 14 kwietnia już wiedziałam, że w mojej głowie jest – jak to nazwano – tętniak wrzecionowaty. 23 kwietnia wypisano mnie ze szpitala z „wyrokiem”. To działo się tak szybko, że nie potrafiłam się z tym pogodzić, byłam zupełnie bezradna. Modliłam się, ale nie mogłam poradzić sobie ze strachem. Czułam się fatalnie, byłam załamana. Kiedy doszło do cudu, a stało się to 1 maja, nagle poczułam taki wewnętrzny pokój. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale przestałam się bać. Nie cierpiałam. Czułam, że wyzdrowieję. To było niezwykłe doświadczenie.

Potem lekarze potwierdzili, że tętniak zniknął…

Tak jakby go w ogóle nigdy nie było! 11 listopada 2011 roku badania oficjalnie to potwierdziły. Lekarz, zanim ze mną porozmawiał, sprawdził, czy ktoś nie pomylił mojej kartoteki i czy nie przekazano mu czasem zdjęć mózgu innej osoby. Jedynym śladem tętniaka są zdjęcia mojego mózgu z badań przeprowadzonych podczas choroby. Potem, w czasie procesu kanonizacyjnego, musiałam jeszcze pojechać do Rzymu, gdzie w klinice Gemelli szczegółowo mnie zbadano i zweryfikowano dokumentację.

Czuje się Pani wybrana przez Boga?

Jestem wdzięczna, że Pan mnie wskazał. Myślę, że Bóg mnie wybrał, żebym świadczyła o świętości Karola Wojtyły. Dlatego nigdy nie odmawiam, gdy ktoś mnie prosi o świadectwo o tym, co się stało.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg