O. Andrzej Majewski SJ: obrońmy Franciszka!

Na główne zarzuty wobec papieża odpowiada w rozmowie z KAI jezuita o. Andrzej Majewski, wieloletni pracownik i dyrektor programowy Radia Watykańskiego.

W poniedziałek przypada dziesiąta rocznica wyboru kard. Jorge Bergoglio na papieża, który wzorem Biedaczyny z Asyżu przyjął imię Franciszka. Jego pontyfikat, choć pełen duszpasterskiego zapału i chęci odnowy Kościoła, wywołuje silne dyskusje, także w łonie samego Kościoła. Odnosi się wrażenie, że nawet część katolików nie rozumie swego Papieża. Na główne zarzuty odpowiada w rozmowie z KAI jezuita o. Andrzej Majewski, wieloletni pracownik i dyrektor programowy Radia Watykańskiego.

KAI: Często wobec Franciszka wysuwane są różne zastrzeżenia. Spróbujmy przyjrzeć się niektórym z nich w dziesiątą rocznicę jego wyboru na papieża. Zarzuca się mu na przykład odejście od kwestii doktrynalnych na rzecz ekologii, walki z ubóstwem itp.

O. Andrzej Majewski: Istotnie, chyba nie doktryna jest źródłem najgłębszych inspiracji przemówień, działań i gestów papieża Franciszka. A jeśli nie doktryna, to co? Myślę, że kieruje nim przede wszystkim głęboka wiara i zaufanie Bogu, który jest obecny „tu i teraz”, a nie tylko zaznaczył swój ślad w przeszłości i obecnie z niepokojem patrzy na to, co się na świecie wyprawia. Wiara Franciszka jest żywa, oparta na doświadczeniu spotkania – żywej relacji z Chrystusem. Nie bez przyczyny obecny papież niejednokrotnie przywoływał słowa swego poprzednika na Stolicy Piotrowej, papieża Benedykta, że „u podstaw bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, ale spotkanie z wydarzeniem, z osobą, która nadaje życiu nową perspektywę”. Siłą, energią, inspiracją dla Franciszka jest zatem nie sama doktryna, a zażyłość z Bogiem.

Pamiętajmy też, że każdy nowy papież wnosi w jakiś sposób do Kościoła powszechnego historię miejsca, z którego pochodzi, wrażliwość na tamtejsze problemy, kulturę. Patrząc od tej strony, Jan Paweł II, Benedykt XVI i Franciszek, to trzy różne światy. A skoro tak, to czy możemy się dziwić, że walka z ubóstwem, która angażuje Kościół w całej Ameryce Łacińskiej nie jest dla papieża czymś drugorzędnym?

Gdy chodzi o ekologię, to nie zapominajmy, że Kościół katolicki jest w tej sprawie i tak bardzo spóźniony. Znane jest powiedzenie: „Bóg wybacza zawsze, człowiek czasami, natura nigdy”. Nie bez przyczyny honorowy zwierzchnik prawosławia – patriarcha Bartłomiej od dawna określany jest mianem „zielonego patriarchy”. Tak samo w środowisku protestanckim kwestia ekologiczna była podejmowana na długo przed wyborem Franciszka na Stolice Piotrową. Trzeba jednak dopowiedzieć, że dla Franciszka celem działań ekologicznych nie jest jedynie ochrona przyrody, ale przede wszystkim ochrona życia człowieka. Już dziś wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, jaki świat zostawimy tym, co idą po nas.

KAI: Wielu katolików oburza możliwość dopuszczenia do Komunii świętej osób, które po rozwodzie zawarły nowe, cywilne związki małżeńskie.

– To duży i bardzo delikatny temat, którego dotknął już Jan Paweł II w swej posynodalnej adhortacji „Familiaris consortio”. Nadmienił tam o obowiązku duszpasterzy właściwego rozeznania sytuacji osób żyjących w nieformalnych związkach. Franciszek, ku rozczarowaniu wielu publicystów, nie udziela powszechnej zgody na rozgrzeszenie osób znajdujących się w sytuacji „nieregularnej”, ale zachęca spowiedników, by każdy przypadek traktowali oddzielnie. Zachęca ich też do towarzyszenia duszpasterskiego osobom pozostającym w związkach niesakramentalnych i podejmowania wraz z nimi rozeznawania.

Trzeba też zauważyć, że Franciszek to człowiek obdarzony przede wszystkim wrażliwością duszpasterską. To z kolei tłumaczy, dlaczego tak często wzywa on Kościół do „nawrócenia duszpasterskiego”. Na czym miałoby ono polegać? Przede wszystkim na bliskości z drugim człowiekiem, na empatii, na autentycznym spotkaniu, na słuchaniu. Przeciwieństwem takiej postawy jest – moim zdaniem – „formalizm spotkania”, mówienie zanim cokolwiek się usłyszy, przychodzenie na spotkanie z „matrycą dobrego chrześcijanina” i gotowym pakietem odpowiedzi na każdy problem.

Kluczowym słowem tego pontyfikatu jest też „rozeznawanie”, próba zmierzenia się z tematem rzeczywistej odpowiedzialności moralnej za rozpad związku i za to, co wydarzyło się potem. Często nie ma tu prostych odpowiedzi a priori.

Pamiętam moje dyskusje z wieloma osobami, którym nie potrafiłem wytłumaczyć, dlaczego osobie porzuconej, mającej na utrzymaniu dzieci, która nierzadko nie radząc sobie z zaistniałą sytuacją, wchodziła w nowy, oczywiście niesakramentalny związek, kategorycznie odmawiano możliwości otrzymania rozgrzeszenia i przystąpienia do Komunii świętej, podczas gdy inna osoba, mówiąc oględnie nie najwierniejsza swym ślubnym przyrzeczeniom, przystępowała do Komunii świętej, uzyskawszy wcześniej bez problemu sakramentalne rozgrzeszenie.

No i ostatnia sprawa, może najważniejsza. Dla Franciszka Eucharystia to Boży pokarm na drogę duchowego wzrastania, to lekarstwo, to umocnienie, a nie nagroda za „dobre sprawowanie”. Czyż „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy” nie otwiera raczej a nie zamyka takich właśnie dyskusji?

KAI: Niektórzy dostrzegają bagatelizowanie homoseksualizmu w słynnych już słowach papieża: „Jeśli ktoś jest homoseksualistą, a poszukuje Pana Boga, i ma dobrą wolę, kimże ja jestem, aby go osądzać?”.

– Przy odrobinie złej woli inny, ale podobny zarzut, o „bagatelizowanie cudzołóstwa”, można by postawić nie tylko papieżowi Franciszkowi. Bo czyż nie do takich wniosków prowadzi nas lektura Janowej Ewangelii o kobiecie cudzołożnej: „Nikt cię nie potępił ? I ja ciebie nie potępiam”. Zazwyczaj w kaznodziejstwie rozwijamy kolejne tylko zdanie „Idź i od tej chwili już nie grzesz”.

W swoich kontaktach z osobami deklarującymi się jako homoseksualne papież kieruje się nauczaniem Kościoła. To przecież Katechizm Kościoła Katolickiego zauważa, że: „Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie”. I dodaje Katechizm: „Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji”.

Trzeba jednak dodać to, co Franciszek niejednokrotnie podkreślał. On nie broni ideologii LGBT+, legitymizującej wszelkiego typu relacje międzyludzkie. On okazuje bliskość konkretnym ludziom, niezależnie skąd przychodzą. Ideologii LGBT+ on nie tylko nie broni, ale przed nią przestrzega.

KAI: Są tacy, którzy twierdzą, że Franciszek kładzie przesadny akcent na miłosierdzie.

– Zacząłbym od tego, że tylko ktoś, kto osobiście liczy na Boże miłosierdzie może stać się jego piewcą. W swoim pierwszym wywiadzie udzielonym włoskiemu dwutygodnikowi „La Civiltà Cattolica”, zapytany: „Kim jest Jorge Mario Bergoglio?”, Franciszek odpowiedział: „Jestem grzesznikiem. To jest najtrafniejsza definicja. Nie jest to jakaś figura, jakiś rodzaj literacki. Jestem grzesznikiem”.

Właściwie wszystko, o czym dotychczas mówiliśmy sprowadza się do problemów z miłosierdziem. Nie tylko dla Franciszka ale i dla jego poprzedników Boże miłosierdzie stanowiło jeden z najważniejszych tematów głoszenia Ewangelii. Jan Paweł II napisał encyklikę „Dives in misericordia”, beatyfikował i kanonizował siostrę Faustynę Kowalską i ustanowił Niedzielę Miłosierdzia Bożego. Benedykt napisał encyklikę „Deus Caritas est” a Franciszek ogłosił Rok Święty Miłosierdzia.

Franciszek bardzo lubi przywoływać postać jednego ze spowiedników, z którymi – już będąc kardynałem – spotykał się w Buenos Aires. Kiedyś zapytał go, co robi po wyjściu z konfesjonału, w którym spędził wiele godzin w ciągu dnia i odczuwa skrupuły, że rozgrzeszył zbyt wiele. A on mu odpowiedział, że ma zwyczaj udawać się na modlitwę przed Najświętszy Sakrament, aby samemu prosić o przebaczenie, że zbyt wiele przebaczył. Ale na koniec zawsze zwraca się do Jezusa słowami: „Przecież to Ty sam dałeś mi zły przykład”.

Kto wie, może właśnie głosząc Boże miłosierdzie Kościół najpełniej odpowiada na sytuację i najgłębsze pragnienia nas, ludzi XXI wieku?

KAI: Coraz częstsze są też głosy, że zainicjowany przez Franciszka proces synodalny zmierza do zniszczenia Kościoła.

– Na to pytanie trudno jest odpowiedzieć już teraz, gdy proces synodalny właśnie się rozpędza. Więcej mieliby tu do powiedzenia przynajmniej niektórzy uczestnicy spotkań przedsynodalnych – duchowni i świeccy. Myślę, że już sama lektura polskiej „Syntezy” spotkań, jakie odbyły się we wszystkich diecezjach, wydaje się być bardzo obiecująca. Można by powiedzieć, że „coś drgnęło”. Nie tylko zaczęliśmy się spotykać i do siebie mówić (bo to zawsze miało jakoś miejsce), ale zaczęliśmy się też słuchać: wierni świeccy, hierarchowie, duchowni, zakonnicy. Odeszliśmy od przekazu jednokierunkowego, nużąco przewidywalnego i – powiedzmy sobie szczerze – nie do końca swobodnego. A to już dużo.

Pozwolę sobie na pewną dygresję. Do dziś pamiętam, jak jeden z moich współbraci zakonnych, wykładowca eklezjologii, z którym prawie 30 lat temu odbywałem tak zwaną „trzecią probację” w Hiszpanii, ubolewał nad tym, że w „oficjalnym” nauczaniu teologii prawie zupełnie „wycięto” soborowe rozumienie Kościoła jako ludu Bożego. To właśnie zmienia się na naszych oczach. Kościół dla Franciszka, to jest przede wszystkim „święty lud Boży”. Już w swoim pierwszym przemówieniu, wygłoszonym z balkonu Bazyliki Watykańskiej tuż po wyborze, Franciszek powiedział: „A teraz zacznijmy tę wspólną drogę, biskupa i ludu. (…) To droga braterstwa, miłości i wzajemnego zaufania”. I tę drogę – jak myślę – obecny papież konsekwentnie realizuje. Dla Franciszka obrazem Kościoła jest wspólnota uczniów Chrystusa w drodze, a nie taka, która czeka na ludzi tam, gdzie już ich nie ma. Można oczywiście utrzymywać, że problemy ludzi XXI wieku niewiele różnią się od tych, którymi żyli choćby nasi dziadkowie. Tak: życie, śmierć, cierpienie, to wielkie tematy dotyczące każdego pokolenia. Ale czy obok tych zasadniczych tematów chrześcijaństwo naprawdę nie ma już nic do powiedzenia o naszej codzienności?

KAI: Z ostrą krytyką spotkało się przywrócenie przez Franciszka ograniczeń w odprawianiu Mszy „trydenckiej”.

– Dobrze, że wspominamy tu o „przywróceniu” ograniczeń. Nie jestem specjalistą od liturgii, ale zapewniam, że przestudiowanie wszystkich trudności, na jakie napotykał papież Paweł VI przy wprowadzaniu nowego „Ordo Missae” (które zresztą było postulatem Soboru Watykańskiego II) jest pasjonującą lekturą. Do 2007 roku biskup mógł tylko wyjątkowo zezwolić na odprawianie Mszy św. „przedsoborowej”. Watykan jasno jednak apelował do biskupów, aby byli bardzo czujni, by z tego powodu nie było wśród wiernych „podziału czy zamieszania”.

Jan Paweł II, pomimo pewnych nacisków, nie zdecydował się tu wprowadzić jakichkolwiek zmian. Dopiero papież Benedykt XVI uchylił szerzej drzwi, definiując ryt trydencki jak „nadzwyczajną formę rytu rzymskiego” i dając faktycznie możliwość bezwarunkowego korzystania z tej formy sprawowania Eucharystii. Co zatem zrobił Franciszek? Powiedział: sprawdzam, czy istotnie bezwarunkowe sprawowanie Mszy św. według obu rytów – starego i nowego – nie wprowadza „podziałów i zamieszania”. Jego „motu proprio” przywracające poprzednie ograniczenia jasno podkreśla, że decyzja ta została podjęta „po szerokiej konsultacji z biskupami”. Franciszek poleca, by biskupi, udzielając na przyszłość (po konsultacji ze Stolicą Apostolską) zgody na odprawianie „trydenckiej” Mszy św. „upewnili się”, że za pragnieniem korzystania z rytu trydenckiego nie stoi zanegowanie ważności i prawowitości reformy liturgicznej, nakazów Soboru Watykańskiego II i nauczania papieży. Bo jeśli tak (a widocznie do takich sytuacji nierzadko dochodziło), to nie powinniśmy się dziwić, że papież stara się za wszelką cenę ocalić jedność Kościoła w tej tak przecież ważnej sprawie.

KAI: Niezrozumiały dla wielu jest brak wyraźnego potępienia Rosji za inwazję na Ukrainę.

– Nie wiem, czy rzucanie na kogokolwiek „anatem” przyniosło Kościołowi dobre skutki. Bardzo pouczające jest tu studiowanie historii. Agresja Rosji na Ukrainę, która z oczywistych względów tak bardzo nas absorbuje, tylko potwierdza, że trzecia wojna światowa to nie zagrażająca światu przepowiednia ale coś, co dzieje się już od dawna. Od początku swego pontyfikatu Franciszek twierdzi, że trzecia wojna światowa od dawna już się toczy – tyle że „w kawałkach”. Trwająca już ponad 11 lat wojna w Syrii pochłonęła blisko 400 tysięcy ofiar. A jest jeszcze Jemen, Sudan Południowy, Kamerun, Czad, Nigeria, Mjanma, los Kurdów, Palestyńczyków… W swojej encyklice „Fratelli tutti” Franciszek napisał: „każda wojna jest porażką polityki i ludzkości, haniebną kapitulacją, porażką w obliczu sił zła. Każda też wojna pozostawia świat w gorszej sytuacji niż go zastała”. Tak widzi świat Watykan. Tak postrzega świat Franciszek.

Nie oznacza to, że obecny papież wycofał się zupełnie z oceny tego konfliktu. Mówił: „To nie jest tylko operacja wojskowa, ale wojna, która sieje śmierć, zniszczenie i nędzę”. Już ponad 130 razy zabierał głos na temat okrucieństw tej wojny. Organizował pomoc humanitarną, posyłał swoich legatów.

To prawda, że nie stanął po jednej stronie jako „kapelan Zachodu”. Zarzuca przy tym zwierzchnikowi Cerkwi moskiewskiej, patriarsze Cyrylowi, że on z kolei stał się „akolitą Kremla”. Historia nie zapamięta Franciszka jako błogosławiącego broń.

Zdaniem Marco Politiego, Franciszek jest „głosem spoza chóru”. Jest on też bardzo osamotniony na obranej przez siebie drodze. Ale może taki jest właśnie los papieży – „budowniczych mostów”. Obrońmy więc Franciszka.

***

O. Andrzej Majewski (1961), jezuita, pracował w Radiu Watykańskim (m.in. jako jego dyrektor programowy i szef sekcji polskiej) i w Telewizji Polskiej (kierował redakcją programów katolickich). Obecnie jest szefem Redakcji Katolickiej w Polskim Radiu. Przeprowadził pierwszy telewizyjny wywiad z papieżem Benedyktem XVI. Był też dyrektorem jezuickiego Europejskiego Centrum Komunikacji i Kultury oraz rektorem Kolegium Jezuitów Bobolanum w Warszawie.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama