Zawsze taki sam

O papieżu seniorze Benedykcie XVI – jego osobowości oraz o ciekawych, ważnych, a także trudnych wydarzeniach z jego życia i pontyfikatu opowiada Peter Seewald, autor książki „Benedykt XVI. Życie”.

Ks. Adam Pawlaszczyk: Zadał Pan Josephowi Ratzingerowi ponad 2000 pytań w ciągu wielu lat. Czy uważa Pan, że poznał dobrze papieża seniora i wie o nim wszystko?

Peter Seewald: Nigdy nie rościłbym sobie do tego pretensji. Samych siebie ledwo przecież znamy, a w stosunku do Benedykta XVI byłoby to szczególnie trudne. On już od młodości był człowiekiem powściągliwym, sprawiającym wrażenie nieśmiałego. O swoim wnętrzu nigdy nie mówił dużo. Ja znam jego pochodzenie, drogę życiową aż po urząd papieski, szczególne cechy i motywy, które nim kierują. A jeśli się komuś towarzyszyło jako dziennikarz przez ćwierć wieku i realizowało wiele wspólnych projektów, to można ocenić, co jest na jego temat wiedzą rzetelną, a co nie. Z początku niekoniecznie byłem fanem Ratzingera i krytycznie przyglądałem się jemu i jego dziełu. Myślę, że moja biografia Ratzingera nie tylko zawiera najwięcej informacji, ale jest też najbardziej intymną książką o niemieckim papieżu, jaka mogła powstać.

Napisał Pan, że „semper idem” – zawsze taki sam – cecha, którą Cyceron przypisywał Sokratesowi, charakteryzuje również Ra­tzingera. Zawsze „taki sam” – to znaczy jaki?

Ratzinger zawsze był człowiekiem środka, od młodości. Bez odchyleń na prawo czy lewo i zawsze wytrwale, spokojnie kroczył naprzód. Każdy może hołdować skrajnościom, ale utrzymać się w środku, pozostać zrównoważonym, uwzględniać zarówno „za”, jak i „przeciw” w sporze – to jest najtrudniejsze. Do tego trzeba pewnej wewnętrznej równowagi. Siłą Ratzingera zawsze było to, że potrafił przenikać i w sposób zrozumiały przedstawiać także skomplikowane stany rzeczy – a do tego proponować rozwiązania. Można też w nim zauważyć imponującą ciągłość. Jego profil i jego nauka dojrzały bardzo wcześnie; nie musiał ich ciągle zmieniać.

Niemiecki socjolog Helmut Schelsky stwierdził, że piekło II wojny światowej wytworzyło w Niemczech Die skeptische Generation – pokolenie sceptyków – do którego należał Ratzinger. Jaki wpływ miało to na późniejsze życie przyszłego papieża?

Od normalnej młodości, jaką znamy dzisiaj, to pokolenie było bardzo oddalone. Ówcześni 16- i 17-latkowie przeżyli koszmar terroru, wojny, wielokrotnie sami obciążali się winą. Schelsky nazwał te roczniki „sceptycznym pokoleniem”. Jego członkowie byli – według niego – bardziej krytyczni, nieufni i pozbawieni iluzji niż wszystkie dotychczasowe roczniki. Za sprawą doświadczenia reżimu nazistowskiego, który obiecywał nowego człowieka, Ratzinger pozostał sceptyczny wobec jakiegokolwiek oczekiwania zbawienia o charakterze politycznym, ale też wobec jakiegokolwiek triumfalizmu albo arogancji w Kościele. Zachował wszędzie krytyczny dystans, który uczynił jego oceny tym trafniejszymi. Dotyczy to przede wszystkim dążeń, które chcą z Kościoła uczynić coś innego niż to, czego chce jego Założyciel, Jezus Chrystus.

Co Pan czuje, czytając insynuacje i wysuwane z nich obraźliwe wnioski o przynależności młodego Ratzingera do Hitlerjugend?

Nie mogę tego pojąć, bo ci, którzy tak robią, mogą zdobyć lepszą wiedzę, a jednak zupełnie świadomie zafałszowują fakty. Często jest to po prostu złośliwe, a niekiedy tylko głupie. Słyszymy ujadania, które powtarzają jedynie to, co wydają z siebie niektórzy twórcy opinii. Kto zna historię, ten wie, że Ratzinger pochodzi z antyfaszystowskiego domu. Jego ojciec był zdecydowanym przeciwnikiem Hitlera. On sam jako uczeń w seminarium arcybiskupim musiał biegać „ścieżkami zdrowia”, a młodzi hitlerowcy przezywali go „czarną świnią”. Wołali, że dla ludzi takich jak on po ostatecznym zwycięstwie nie będzie już przyszłości. Gdy wydano prawny nakaz, który nie pozostawiał wyjścia, zmuszając do członkostwa w Hitlerjugend, Ratzinger po prostu trzymał się z dala od zgromadzeń i marszów.

Uniwersytet – jak mówił sam Ratzinger – był jego duchową ojczyzną. Czy Pańskim zdaniem był to atut w posłudze papieskiej Benedykta XVI?

Również. Papież Franciszek powiedział: „Teologiczne dzieło Benedykta XVI przydziela mu miejsce między tak wielkimi teologami na tronie papieskim jak Leon Wielki, święty papież i doktor Kościoła”. Teologiczne dzieło Ratzingera jest trudne do ogarnięcia jednym spojrzeniem. Jego książki stały się światowymi bestsellerami. Dzięki temu umocnił on w wierze miliony ludzi na całym świecie albo przyprowadził ich do wiary. Zaczynał jako młoda gwiazda teologii, potrafiąc przekazać chrześcijańską naukę z nową świeżością, najwyższą inteligencją, zarazem pozostając teologiem ludu. Wiedział, że dobry teolog potrzebuje „odwagi stawiania pytań”, ale tak samo „pokory, by słuchać odpowiedzi, które przynosi wiara chrześcijańska”. Podmiotem teologii nie powinien być teolog, lecz Bóg. Teolodzy powinni zrezygnować z własnych słów, a słuchać „mowy Boga”. Taka dewiza uczyniła z niego godnego zaufania teologa kościelnego, a nie jednego z tak zwanych teologów reformatorów, którzy w zasadzie odrzucają katolicyzm. Możemy uznać za dar nieba to, że jako pierwszy papież w historii mógł on z autorytetem papieskim wyłożyć chrystologię, by na nowo pokazać Jezusa w Jego wielkości. On sam rozumiał siebie jednak nie jako „papieża profesora”, lecz najpierw jako pasterza.

Młody ks. Ratzinger posiwiał w jedną noc, bo chyba zbyt odważnie napisał swoją habilitację, co nie spodobało się skrytykowanemu profesorowi. Czy Pańskim zdaniem odwaga była jedną z ważniejszych zalet Ra­tzingera? Czy jako papież był odważny?

Sprawy skomplikowane towarzyszą mu przez całe życie. Ale też droga w górę i w dół. Jego kariera nie była prostym spacerem. Przy każdej „stacji” jego życia były sukcesy i niepowodzenia. Z tych ostatnich powstawał jak Feniks z popiołów. Odwagę udowodnił już przed nazistami. Potem, jako student, nie okazał lęku wobec profesora, którego teologia wydała mu się przedawniona. Jego pierwszy większy tekst – „Nowi poganie i Kościół” z 1958 roku – w którym domagał się „odświatowienia” Kościoła i wskazywał, gdzie wiara napotyka zagrożenia, kosztował go prawie utratę kariery. Z kolei to głównie ­Ratzingerowi zawdzięczamy, że przez opór wobec ustalonych wstępnych projektów sobór był autentycznym i wskazującym przyszłość wielkim zgromadzeniem Kościoła. Ratzinger nigdy nie stawiał oporu dla osiągnięcia samego wzburzenia, lecz robił to tylko wówczas, gdy widział konieczność zaangażowania po stronie prawdy i wiary. A przez wierność Ewangelii był gotów na klęskę i utratę popularności. Jako papież nie ulegał naciskom ducha czasów, nie wykonywał gestów, które miałyby medialną skuteczność. Przecież potrzeba było niezwykłej odwagi, by przełamać dotychczasową tradycję i zrezygnować z urzędu, by zrobić miejsce nowej sile. To była inna sytuacja niż w przypadku Jana Pawła II. Pokazanie światu ludzkiego cierpienia było częścią jego charyzmatu. W zmienionej sytuacji Kościoła Benedykt XVI uznał, że trzeba iść nowymi drogami. Był świadomy, że napotka odrzucenie. Ale wszyscy następcy będą mu dziękować za odwagę wzięcia na siebie udręki decyzji, która otworzyła nową bramę.

Część profesorów teologii mówiła o „niebezpiecznym modernizmie” Ratzingera albo że jest „progresistą, który próbuje podkopać fundamenty”. Kto by pomyślał, że kilkadziesiąt lat później będą go nazywali „pancernym kardynałem”. To on się zmienił czy te opinie są fałszywe?

Jak wielu innych teologów Ratzinger chciał zdobywać ludzi dla chrześcijaństwa po wstrząsach wojny i ateistycznego reżimu. Prowadził do źródeł z nową świeżością i nowymi ideami. Studenci byli oczarowani jego wykładami. Zachwycali się, że wraz z Ratzingerem nadeszła nowa era. Nie chodziło o podkopanie fundamentów, lecz o ich odsłonięcie. Ratzinger i jego sojusznicy na soborze, np. Henri de Lubac, uważali siebie za postępowych. Ale postępowość rozumiano inaczej – jako rozwój czerpiący z Tradycji, a nie jako upoważnienie do samowolnych autokreacji. Reforma polega na poprowadzeniu do jądra wiary, a nie do pozbawienia go. Poszukiwanie zgodności z czasem nie może nigdy prowadzić do wyrzeczenia się tego, co prawdziwe i ważne, i dopasowania się do tego, co aktualne. Właśnie tutaj – czy też w czasie po soborze – znajdują się powody późniejszego złego obrazu Ratzingera. Hans Küng wymyślił legendę o „traumie”, jaką Ratzinger miał przeżyć w Tybindze w czasach rebelii studenckiej. Ta „trauma” miałaby prowadzić do radykalnego zwrotu. Tymczasem nie było żadnego zwrotu. Nie był on przed soborem kimś innym niż po nim. Zmieniła się natomiast sytuacja. Konieczna okazała się obrona zdobyczy soboru przed atakującymi go i przed ich manipulacjami. A jeśli chodzi o określenie „pancerny kardynał”, to wszyscy, którzy go znali i którzy mieli jakieś pojęcie o pracy w Kongregacji Nauki Wiary, mogli tylko z uśmiechem potrząsać głową, słysząc je.

Dialog ze współczesnością był tematem referatu wygłoszonego przez Ratzingera przed Soborem Watykańskim II. Czy Pańskim zdaniem jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary i jako papież potrafił on stawiać czoła wyzwaniom współczesności?

Z pewnością nie wszystkim, ale wielu. Kościół w czasach Jana Pawła II stanął przed wielkimi wyzwaniami. Już przed soborem na Zachodzie zaznaczała się utrata związków z wiarą. Zmniejszała się liczba uczestników liturgii, ubywało kandydatów do kapłaństwa, postępował sekularyzm. Pewne formy teologii wyzwolenia groziły podziałem Kościoła. To zasługa Karola Wojtyły oraz jego bliskiego współpracownika, Ratzingera, i ich klarownej linii, że łódź Kościoła na wzburzonym morzu pozostała na kursie. Ratzinger zawsze był obrońcą prostych ludzi i ich pobożności. „To, że przeszliśmy cało przez kryzys ostatnich dziesięcioleci – mówił – jest zasługą nie tyle profesorów teologii, lecz prostego ludu, który zachowuje rozsądne myślenie”. Równocześnie potrafił prowadzić dyskusję na najwyższym poziomie intelektualnym. Jego debaty z ateistycznymi filozofami stały się legendarne. Próbował stawić czoła wyzwaniom współczesności, ale brakowało „współpracowników w winnicy Pańskiej”, o których wołał i których pilnie potrzebował. Wiele jego wołań zignorowano. W Niemczech rozwinęła się wewnątrzkościelna opozycja, która domaga się „katolicyzmu light” i która ogarnęła dużą część episkopatu. W wielu obszarach Europy – wyjąwszy Polskę – wierni katolicy są dziś dyskryminowaną mniejszością. Ogłaszana przez Jana Pawła II nowa ewangelizacja była nakazem chwili, ale raczej się nie powiodła. Przynajmniej dotąd.

Książki o nim mówią, co Pan podkreślił, że punkt zwrotny w jego rozwoju, rok 1968, sprawił, iż jest „dwóch” Ratzingerów – jeden postępowy, drugi konserwatywny. Ten drugi miałby odczuwać jako zagrożenie wszystko, co kojarzyło się z postępem. Zgadza się Pan z tą opinią?

Tak twierdził odwieczny przeciwnik Ratzingera, Hans Küng. Legendę chętnie przekazywano dalej. Gdyby dziennikarze ją przebadali, natychmiast zostaliby wyprowadzeni z błędu. Nie ma takiego zwrotu. Już krótko po rozpoczęciu Soboru Watykańskiego II Ra­tzinger ostrzegał przed zafałszowaniem wypowiedzi soborowych. Odtąd, jak sam mówi, prowadził ciągłą walkę o „prawdziwy sobór”. To zrobiło z niego wroga. Zniesławianie jego osoby stanowiło część wojny psychologicznej, prowadzonej w celu unieszkodliwienia mocnego świadka i przeciwnika.

„Wojtyła i Ratzinger różnili się od siebie tak jak jabłka od gruszek” – napisał Pan. Czym faktycznie się różnili?

Już na pierwszy rzut oka widać, że nie są to rodzeni bracia. Jeden duży i silny, drugi mały i drobnej budowy ciała. Jeden ekstrawertyczny, usportowiony, emocjonalny, człowiek pełen pasji; drugi introwertyk, poeta, delikatny, ale też bardzo racjonalny i zasadniczy. Rozumieli się świetnie i stworzyli genialny zespół, gdyż dzięki różnicom potrafili się wzajemnie inspirować. Walczyli też o tę samą sprawę – i to na jednej linii. Jeden mógł w stu procentach polegać na drugim. Połączyło ich osobiste doświadczenie szaleństwa rasizmu, terroru i milionów ofiar, które pozostawiły ateistyczne eksperymenty XX wieku na Zachodzie i na Wschodzie, a także ocena szans i niebezpieczeństw związanych z prądami nowoczesności.

Jego były prywatny sekretarz przed wyborem Ratzingera na papieża powiedział, że nie jest on człowiekiem stworzonym do administracji, a taki wówczas był potrzebny, bo – jak Pan stwierdził w książce – „pod koniec urzędowania Wojtyły różne rzeczy odkładano na bok”. Co Pan miał na myśli?

Bez wielkiego Polaka Karola Wojtyły nie byłoby niemieckiego papieża. Odrzucał on wszelkie prośby swojego prefekta o zwolnienie, by w ten sposób utrzymać go w pewnym sensie w wyścigu. Po śmierci Wojtyły natychmiast rozległy się głosy mówiące o próbie wytrzymałości, którą musi przejść Kościół. Wojtyła spodziewał się, że tylko jego przyjaciel poprowadzi jego dzieło dalej w taki sposób, że nie dojdzie do załamania. Jorge Bergoglio potwierdził to jako uczestnik konklawe z 2005 roku: „W tamtym momencie historii Ratzinger był jedynym człowiekiem o postawie, mądrości i niezbędnym doświadczeniu, który mógł być wybranym”.

A jeśli chodzi o zarządzanie?

Papież nie jest ani maklerem, którego sukces mierzy się wielkością kapitału, ani menedżerem. Program Ratzingera był skierowany przede wszystkim ku „wewnętrznej odnowie” Kościoła. Ale wskutek długiego czasu choroby Jana Pawła II sporo zadań nie zostało podjętych. Inne nie były wystarczająco uważnie analizowane. Dotyczy to szczególnie skandalicznych nadużyć seksualnych dokonywanych przez księży i członków zgromadzeń zakonnych. Tutaj Benedykt XVI konsekwentnie kontynuował jego linię „zero tolerancji” wobec sprawców oraz zadośćuczynienia wobec ofiar. Robiłby to, nawet gdyby jeszcze o wiele więcej było do zrobienia.

Londyński „Times” napisał o Benedykcie XVI po jego wizycie w siedzibie ONZ, że jest on „bez wątpienia bardziej ciepłą i uczuciową osobą niż doktrynerskim akademikiem”. A co sądzi o nim Peter Seewald?

Nie jest on z pewnością typem kumpla ani gaduły. Swoim zachowaniem nie chce nikomu się narzucać. Równocześnie jest w nim wiele skromności, pokory, delikatności i serdeczności, która potrafi przełamać wszelkie bariery. Nie znam nikogo innego, kto by tak ułatwiał rozmowę ze sobą. On po prostu przyjmuje drugiego. „Papież płakał ze mną” – opowiadał pewien młody mężczyzna na Malcie po spotkaniu Benedykta XVI z ofiarami molestowania.

Jako papież Benedykt XVI dokończył rozpoczęte przez siebie śledztwo w sprawie przestępstw Marciala Maciela Degollado. Powiedział potem, że do prawdy docierano bardzo powoli, bo „te sprawy były dobrze ukryte”. Czy wie Pan, co miał na myśli?

Dziś wiemy, jak silny był opór przeciwko ujawnianiu przestępstw na tle seksualnym. Budowano całe sieci kłamstw, co utrudniało dotarcie do przestępców. Kryli się oni za opinią, sprawowanym urzędem, za ich dobrymi relacjami i odrzucali wszystkie oskarżenia jako złośliwe kampanie przeciwko nim. Nie da się zapomnieć skargi Ratzingera z rozważania Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek 2005 roku: „Ile brudu jest w Kościele, szczególnie pośród tych, którzy w kapłaństwie powinni całkowicie należeć do Niego”. Przypadek Marciala Maciela jest szczególnie skandaliczny. Ratzinger już jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary próbował podejmować konieczne działania. Nie udawało mu się, ponieważ najpierw musiał zostać zburzony mur tuszowania i kłamstw.

Czy abdykacja Benedykta XVI była dla Pana szokiem?

Byłem zaskoczony, ale wiedziałem, że Ratzinger nie boi się robić rzeczy, których nikt przed nim nie próbował. Odpowiada to jego nowoczesnemu i pragmatycznemu myśleniu. Najpierw idzie z taką decyzją na modlitwę, by badać, czy jest ona zgodna z wolą Tego, którego na ziemi ma reprezentować. Odpowiada najpierw przed Bogiem, a potem przed ludźmi. Szczerze mówiąc, dziwiłbym się, gdyby nie było w pontyfikacie Benedykta jakiegoś wielkiego „bum”. W biografii Ratzingera nie ma nic zwyczajnego. Być może jest świętym. Stał się papieżem „między epokami”. Stare przeminęło, nowe jeszcze niezupełnie nadeszło – jak mówi. Przynajmniej mógł uchylić prowadzącą do nowego bramę. Jak powiedział: otwórzcie drogi dla Jezusa Chrystusa. Pracujemy nie dla końca świata, ale dla powtórnego przyjścia Pana.

Co w pontyfikacie Benedykta XVI uważa Pan za jego najważniejsze dokonanie?

Trudno to wyrazić w kilku zdaniach. W przeciwieństwie do sytuacji większości papieży dzieło Ratzingera było duże i znaczące już przed jego pontyfikatem. W pewien sposób jest on prorokiem wobec niewiary naszych czasów. Za sprawą swoich przekonujących katechez, a szczególnie przez swoją chrystologię stał się on doktorem Kościoła w nowoczesności. Jego dzieło powinno współtworzyć bazę dla Kościoła XXI wieku, także w walce z herezjami. Jego spuścizny nie stanowią jednak tylko pisma, lecz także jego życie, w którym chciał dać przykład naśladowania Chrystusa, przy wszystkich ujawniających się ludzkich słabościach. Nie można mówić o „osiągnięciu” w zwyczajnym sensie tego słowa. Szczególnie porusza mnie jego wierność, zapał w pracy misyjnej, dzielność w sprzeciwie wobec prób zamieniania orędzia Chrystusa w wygodną filozofię. Szczególnie cenne jest to, że każdy słuchający go wiedział, iż to, co on głosi, niezawodnie odpowiada nauce Ewangelii, Tradycji Kościoła i postanowieniom soboru. To nieoceniona wartość w naszym tak rozdartym świecie.•

Peter Seewald

niemiecki dziennikarz i pisarz, biograf papieża Benedykta XVI. Pracował dla niemieckich gazet „Der Spiegel”, „Stern” oraz dla magazynu „Süddeutsche Zeitung”. Wówczas – jak twierdził – był ateistą, a spotkania i rozmowy z papieżem Benedyktem sprawiły, że wraz z rodziną wrócił do Kościoła katolickiego. Jego książki – wywiady z kard. Josephem Ratzingerem/Benedyktem XVI na temat wiary i Kościoła: „Sól ziemi”, „Bóg i świat”, „Światłość świata”, „Benedykt XVI. Ostatnie rozmowy” zostały przetłumaczone na 16 języków. Ma 67 lat, jest żonaty, ma dwoje dzieci, mieszka w Monachium.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg