Krew Męczennika

Kard. Stanisław Dziwisz opowiada o męczeństwie św. Jana Pawła II i krwi przelanej przez niego na placu św. Piotra.

Andrzej Grajewski: Zbliża się 35. rocznica zamachu na życie Jana Pawła II. W sanktuarium świętego papieża w Krakowie eksponowana jest jego zakrwawiona sutanna. Jaka była intencja Księdza Kardynała, aby ją pokazać publicznie?

Kard. Stanisław Dziwisz: Jest kilka przedmiotów związanych z Ojcem Świętym, będących w jakiś sposób świadkami wydarzeń, które rozegrały się 13 maja 1981 r. na placu św. Piotra. Między innymi piuska, którą miał wtedy na głowie, sutanna i pas, podarowany później przez papieża sanktuarium na Jasnej Górze. Wszystkie te przedmioty w jakiś sposób stały się relikwiami. Sutanna zaś, podobnie jak kula zamachowca znajdująca się obecnie w koronie figury Matki Boskiej Fatimskiej, jest świadkiem męczeństwa Jana Pawła II.

Długo jednak nie była pokazywana publicznie

Nie chcieliśmy jej pokazywać, gdyż jest to wstrząsająca relikwia. Nawet po tylu latach robi wrażenie. Jakie musiałoby ono być, gdyby wystawiono ją tuż po zamachu, kiedy krew na niej była jeszcze świeża. Musimy mieć świadomość, że jest na niej przelana przez papieża krew męczeńska. Chcę wyraźnie powiedzieć, że dla mnie św. Jan Paweł II jest nie tylko wyznawcą, ale także męczennikiem. Przelał krew podczas audiencji na placu św. Piotra w służbie Chrystusowi.

Motyw męczeństwa nie był jednak podkreślany podczas beatyfikacji czy kanonizacji. Kościół ostrożnie obchodzi się z interpretacją tego, co wydarzyło się podczas zamachu.

To prawda, ten moment nie był podkreślony. Jednak dla ludzi, którzy byli świadkami zamachu, nie było wątpliwości, że był to wyraźny znak męczeństwa. Męczeństwo przecież nie zawsze wiąże się z utratą życia. Byli męczennicy, którzy cierpieli dla Chrystusa różne prześladowania, siedzieli w obozach koncentracyjnych, byli torturowani, ale Opatrzność Boża pozwoliła im przeżyć. Nie zmienia to faktu, że ich życie zostało ocenione jako męczeństwo. Skrwawiona sutanna ma przypominać, że Ojciec Święty przelał krew za sprawę Chrystusa. Nie zginął, gdyż został uratowany przez Matkę Najświętszą, jak sam wielokrotnie później o tym mówił. Po wyjściu ze szpitala Jan Paweł II poszedł pomodlić się do grobu św. Piotra w Grotach Watykańskich. Pamiętam, jak przechodząc obok grobów kolejnych papieży, mówił: mogłem już tu również leżeć, ale Pan Bóg ofiarował mi drugie życie.

Czy zamach zmienił Ojca Świętego?

Wielu obserwatorów oraz dziennikarzy snuło przypuszczenia, że zamach zmieni postępowanie Jana Pawła II, że nie będzie już taki spontaniczny, otwarty na kontakt z tłumem. Zresztą, powiem szczerze, papieskie otoczenie miało podobne obawy. Ale papież, kiedy wyzdrowiał, nakazał wznowić audiencje ogólne bez jakichkolwiek zmian. Nie miał lęku, gdyż ofiarował się Panu Bogu.

Czy były jakieś wcześniejsze ostrzeżenia, które sugerowały, że życie papieża może być zagrożone?

Takie sygnały były, ale odnosiły się do podróży papieskich. Nikt jednak nie myślał, że do zamachu może dojść w Watykanie. Dopiero po czasie okazało się, jak Ali Agca starannie wszystko zaplanował. Wiadomo, że był wcześniej nie tylko na placu św. Piotra w Watykanie, ale także dostał się w pobliże papieża w niedzielę 10 maja, kiedy Ojciec Święty wizytował parafię św. Tomasza w Rzymie. Zachowały się fotografie, na których można go zidentyfikować.

Jak Ksiądz Kardynał zapamiętał moment postrzelenia Jana Pawła II?

Audiencja zaczęła się po południu, gdyż z powodu upałów w Rzymie audiencje generalne zostały przeniesione z godziny 12 na godz. 17. Wszystko zaczęło się normalnie. Siedziałem z tyłu, za papieżem. Objechaliśmy plac św. Piotra, zawróciliśmy i wtedy padły strzały. W pierwszym momencie nie wiedzieliśmy, co się dzieje, tylko z placu zerwały się wszystkie gołębie. Zobaczyłem grymas bólu na twarzy Ojca Świętego. Wtedy nastąpiła między nami wymiana zdań, o której już w przeszłości wspominałem. Zapytałem go, czy boli, odpowiedział: tak. Kolejne moje pytanie: gdzie? Odpowiedział, że brzuch. Zaczął słabnąć. Wtedy go podtrzymałem, aby nie upadł. Samochód natychmiast opuścił plac św. Piotra i zatrzymał się w pobliżu punktu sanitarnego w Watykanie. Papież był bardzo słaby. Został tam położony na ziemię i czekaliśmy na przyjazd karetki watykańskiej. Okazało się, że z dwóch jedna była niesprawna, dojechała dopiero druga.

Dlaczego zdecydowano się zawieźć papieża do Kliniki Gemelli, skoro obok Watykanu jest szpital Santo Spirito?

Już wcześniej, przy udziale lekarza dr. Renato Buzzonettiego, zdecydowano, że w Klinice Gemelli czekać będzie na niego specjalny pokój, gdyby zachorował. I taki pokój rzeczywiście znajdował się na X piętrze tej kliniki. Dlatego zdecydowałem, aby karetka z papieżem tam pojechała.

Wymagało to jednak przejazdu przez zatłoczony Rzym.

Rzeczywiście udało nam się przejechać w rekordowo szybkim czasie, chociaż jechaliśmy bez konwoju, a na dodatek zaraz po wyruszeniu zepsuła się sygnalizacja alarmowa karetki. Wszyscy mieli świadomość, że liczy się każdy moment, każda minuta. Gdyby papież został przywieziony do Gemelli kilka chwil później, nic by go nie uratowało, gdyż wykrwawiłby się na śmierć. W czasie jazdy widać było, że Ojciec Święty z każdą chwilą coraz bardziej tracił siły i świadomość. Na początku słyszałem, że się modlił, ofiarował swoje cierpienie za Kościół i ludzkość. Nie pytał, kto to zrobił. Co więcej, nie wiedząc, kto był sprawcą zamachu, już wtedy, w karetce przebaczył mu. Gdy przyjechaliśmy do kliniki, papież stracił przytomność. Pamiętam, że jak wjechaliśmy na X piętro, powiedziałem, aby natychmiast go zawieźć na salę operacyjną.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg