Wielkie przytulanie

Ze wszystkich stron pędzą w naszym kierunku dzieci, a każde z nich chce się do nas przytulić. Eksplozja latynoskiego temperamentu czy raczej niezaspokojona potrzeba czułości?

Krok w nieznane
Wspólnotę Cristo Misionero Orante założyła siostra Lenka Ćović, Chorwatka. – Zawsze chciałam pojechać na misje i pracować z biednymi, ale moje macierzyste Zgromadzenie Służebnic Miłosierdzia wysłało mnie do Niemiec. Nie byłam zadowolona z tej decyzji. Gdzie tu znajdę biednych? – myślałam. Ale Bóg pokazał mi, że są różne typy biedy. Już w pierwszym tygodniu postawił na mojej drodze dziewczynę chorą na schizofrenię, która próbowała się otruć. Znalazłam ją leżącą na podłodze w jej domu. Kiedy udało się ją uratować, zrozumiałam, że przyjechałam właśnie po to. I że muszę być tam, dokąd Bóg mnie posyła.

Niedługo po tym wydarzeniu siostra Lenka zachorowała na gruźlicę. – Powiedziano mi wtedy, że nie nadaję się do żadnej ciężkiej pracy i mam zapomnieć o misjach. Modliłam się: „Boże, jestem jeszcze młoda. Co dalej ze mną będzie? Tak bardzo chcę być misjonarką”. I nagle usłyszałam od lekarza: „Choroba ustąpiła. Ale nie wiem, jak to możliwe. Nauka nie jest w stanie tego wytłumaczyć. No chyba że uwierzymy w cuda”.

W tej sytuacji przełożona zgromadzenia zgodziła się na wyjazd. Okazało się, że właśnie przyszło zaproszenie od biskupa diecezji Latacunga w Ekwadorze. – Niemal z dnia na dzień znalazłam się wysoko w górach, na wysokości 2800 metrów n.p.m. Wszędzie trzeba było chodzić na piechotę, wiele kilometrów dziennie. I dawałam radę.
W pewnym momencie siostra Lenka decyduje się na jeszcze bardziej radykalny krok – postanawia zamieszkać wśród najbiedniejszych, tam, dokąd wcześniej Kościół prawie nie docierał, i, jak mówi, „kontemplować w akcji”. W tym celu zakłada zgromadzenie Cristo Misionero Orante – Chrystusa Misjonarza Modlącego się. – To był krok w nieznane – opowiada. Wkrótce dołączają do niej siostry pochodzące z Ekwadoru. Kiedy otrzymuje zgodę władz kościelnych, wie już, że to wola Boża.

Zaśpiewać w quichua
Początkowo nie planowała zakładania szkoły. Zaczynała z pustymi rękami. Ale wkrótce okazało się, że wiele dzieci z okolic Quito nie umie pisać ani czytać. Kiedy pojawili się pierwsi darczyńcy, postanowiła podjąć dzieło. Teren pod budowę ośrodka ofiarowała zakonnicom mieszkanka wioski, Manuela Simbaña Morales: – One były pierwszymi misjonarkami, które tu przyjechały. Bardzo się do nich przywiązałam. Pomagają wielu osobom, zwłaszcza tym, które nic nie mają.

Manueli też pomogły. Nim poznała siostry, zajmowała się brujerią, czyli czarami. Przez cztery lata cierpiała na okropne bóle brzucha i kolki. Przeszła trzy operacje w różnych szpitalach, ale nic one nie pomogły. Dopiero kiedy siostra Lenka zaczęła się za nią modlić, bóle minęły. Stała się jednak rzecz jeszcze dziwniejsza. Manuela, która skończyła zaledwie jedną klasę szkoły podstawowej, wcześniej niespecjalnie radziła sobie z czytaniem po hiszpańsku. Nigdy też nie śpiewała. Teraz czyta podczas Mszy i śpiewa, ba, sama układa pieśni w języku quichua. – Moja matka przed śmiercią błagała Boga, bym mogła śpiewać w quichua w kościele. Jej modlitwa została wysłuchana – mówi.
Mamy okazję usłyszeć śpiew Manueli i jej przyjaciółki Rosario Simbaña Guilumba. Obie panie, przebrane w piękne stroje ludowe, zaskakują nas niespotykaną, metaliczną barwą głosu. Egzotycznie, chwilami nawet śmiesznie, brzmi też dla nas sam język. Ale jest coś poruszającego w tym wykonaniu – do bólu autentycznym, wolnym od jakiejkolwiek kalkulacji. Mało dziś takich dźwięków trafia do naszych uszu.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg