Wielkie przytulanie

Szymon Babuchowski

GN 34/2013 |

publikacja 22.08.2013 00:15

Ze wszystkich stron pędzą w naszym kierunku dzieci, a każde z nich chce się do nas przytulić. Eksplozja latynoskiego temperamentu czy raczej niezaspokojona potrzeba czułości?

Z placówki prowadzonej  przez siostry korzysta w sumie  160 dzieci, w większości indiańskich Roman Koszowski /GN Z placówki prowadzonej przez siostry korzysta w sumie 160 dzieci, w większości indiańskich

Punkt szósta rano siostra Lenka odpala busika i rozpoczyna objazd po zielonej górzystej krainie, poprzecinanej tektonicznymi rowami. Zza wzgórz wyłania się ośnieżony szczyt Cotopaxi – jednego z najwyższych wulkanów świata. Co chwila przystajemy, zabierając po drodze kolejne dzieci. – Buenos días, hermanita! Dzień dobry, siostrzyczko! – słyszymy za każdym razem, gdy otwierają się drzwi i do auta wsiada kolejny szkrab. Busik stopniowo wypełnia się, a zza siedzeń wystaje coraz więcej czarnych czuprynek, spod których oczy jak węgliki obserwują nas z zaciekawieniem. Dosiada się siostra Sandra z gitarą i uwaga dzieciaków przenosi się na nią. Rozbrzmiewają wesołe śpiewy o roztańczonym małym misjonarzu i modlitwa „Ojcze nasz” w języku quichua. Nim dotrzemy do San Francisco de Oya­coto, busik zatrzyma się jeszcze przy piekarni, a siostra przyniesie koszyk pełen świeżych bułeczek, które rozda każdemu z maluchów, by nie były głodne.

Chata w płomieniach
Nie przypuszczaliśmy, że nasze pojawienie się na szkolnym podwórku wywoła aż takie poruszenie. Ze wszystkich stron pędzą w naszym kierunku dzieci, w większości indiańskie, a każde z nich chce się do nas przytulić. Ich spontaniczność musi wprawiać w lekkie zakłopotanie zdystansowanych Europejczyków. Nie wiemy do końca, czy mamy do czynienia z eksplozją latynoskiego temperamentu, czy może z niezaspokojoną potrzebą czułości tkwiącą w tych maluchach, pochodzących często z niepełnych rodzin. Ale ich ufność wzrusza nas, bo przecież niczym jeszcze nie zasłużyliśmy sobie na takie powitanie.

Do przedszkola i szkoły podstawowej prowadzonych przez siostry ze zgromadzenia Cristo Misionero Orante uczęszcza w sumie 160 dzieci. Nie jest łatwo zapanować nad takim żywiołem. Siostra Rosa zawsze jednak umie wyłowić z gwaru płacz dziecka. Może dlatego, że jej dzieciństwo naznaczone było wieloma traumami: rodzinną przemocą, alkoholizmem i samobójstwem ojca, śmiercią rodzeństwa. – Przeżywałam bunt przeciwko Bogu, że pozwolił na tak straszne rzeczy w moim życiu – opowiada. – I wtedy przyśnił mi się sen. Zobaczyłam w nim Jezusa. Nie widziałam Jego twarzy, tylko postać, całą ubraną na biało. Siedziałam na potężnym pniu drzewa, obok znajdowała się chata kryta słomą. Jezus spytał mnie: „Co robisz ze swoim życiem? Czy chcesz spędzić je w tej płonącej chacie – tu wskazał na chatę, teraz całą w płomieniach – czy chcesz pójść za Mną?”. Siedziałam i nie wiedziałam, co zrobić. Wtedy Jezus wstał i zaczął się oddalać, a ja podjęłam decyzję, by pójść za Nim.

Do siostry podchodzi malutka Michel, przytula się i mówi: „Mamo!”. Biologiczna matka dziewczynki zostawiła ją wraz z dwójką rodzeństwa pod opieką sióstr, a sama poszła w świat, by zarobić na spłatę kredytu. – Są rzeczy, z którymi sobie nie radzę. Gdy widzę nieszczęście dziecka, bardzo cierpię – wyznaje siostra Rosa.

Krok w nieznane
Wspólnotę Cristo Misionero Orante założyła siostra Lenka Ćović, Chorwatka. – Zawsze chciałam pojechać na misje i pracować z biednymi, ale moje macierzyste Zgromadzenie Służebnic Miłosierdzia wysłało mnie do Niemiec. Nie byłam zadowolona z tej decyzji. Gdzie tu znajdę biednych? – myślałam. Ale Bóg pokazał mi, że są różne typy biedy. Już w pierwszym tygodniu postawił na mojej drodze dziewczynę chorą na schizofrenię, która próbowała się otruć. Znalazłam ją leżącą na podłodze w jej domu. Kiedy udało się ją uratować, zrozumiałam, że przyjechałam właśnie po to. I że muszę być tam, dokąd Bóg mnie posyła.

Niedługo po tym wydarzeniu siostra Lenka zachorowała na gruźlicę. – Powiedziano mi wtedy, że nie nadaję się do żadnej ciężkiej pracy i mam zapomnieć o misjach. Modliłam się: „Boże, jestem jeszcze młoda. Co dalej ze mną będzie? Tak bardzo chcę być misjonarką”. I nagle usłyszałam od lekarza: „Choroba ustąpiła. Ale nie wiem, jak to możliwe. Nauka nie jest w stanie tego wytłumaczyć. No chyba że uwierzymy w cuda”.

W tej sytuacji przełożona zgromadzenia zgodziła się na wyjazd. Okazało się, że właśnie przyszło zaproszenie od biskupa diecezji Latacunga w Ekwadorze. – Niemal z dnia na dzień znalazłam się wysoko w górach, na wysokości 2800 metrów n.p.m. Wszędzie trzeba było chodzić na piechotę, wiele kilometrów dziennie. I dawałam radę.
W pewnym momencie siostra Lenka decyduje się na jeszcze bardziej radykalny krok – postanawia zamieszkać wśród najbiedniejszych, tam, dokąd wcześniej Kościół prawie nie docierał, i, jak mówi, „kontemplować w akcji”. W tym celu zakłada zgromadzenie Cristo Misionero Orante – Chrystusa Misjonarza Modlącego się. – To był krok w nieznane – opowiada. Wkrótce dołączają do niej siostry pochodzące z Ekwadoru. Kiedy otrzymuje zgodę władz kościelnych, wie już, że to wola Boża.

Zaśpiewać w quichua
Początkowo nie planowała zakładania szkoły. Zaczynała z pustymi rękami. Ale wkrótce okazało się, że wiele dzieci z okolic Quito nie umie pisać ani czytać. Kiedy pojawili się pierwsi darczyńcy, postanowiła podjąć dzieło. Teren pod budowę ośrodka ofiarowała zakonnicom mieszkanka wioski, Manuela Simbaña Morales: – One były pierwszymi misjonarkami, które tu przyjechały. Bardzo się do nich przywiązałam. Pomagają wielu osobom, zwłaszcza tym, które nic nie mają.

Manueli też pomogły. Nim poznała siostry, zajmowała się brujerią, czyli czarami. Przez cztery lata cierpiała na okropne bóle brzucha i kolki. Przeszła trzy operacje w różnych szpitalach, ale nic one nie pomogły. Dopiero kiedy siostra Lenka zaczęła się za nią modlić, bóle minęły. Stała się jednak rzecz jeszcze dziwniejsza. Manuela, która skończyła zaledwie jedną klasę szkoły podstawowej, wcześniej niespecjalnie radziła sobie z czytaniem po hiszpańsku. Nigdy też nie śpiewała. Teraz czyta podczas Mszy i śpiewa, ba, sama układa pieśni w języku quichua. – Moja matka przed śmiercią błagała Boga, bym mogła śpiewać w quichua w kościele. Jej modlitwa została wysłuchana – mówi.
Mamy okazję usłyszeć śpiew Manueli i jej przyjaciółki Rosario Simbaña Guilumba. Obie panie, przebrane w piękne stroje ludowe, zaskakują nas niespotykaną, metaliczną barwą głosu. Egzotycznie, chwilami nawet śmiesznie, brzmi też dla nas sam język. Ale jest coś poruszającego w tym wykonaniu – do bólu autentycznym, wolnym od jakiejkolwiek kalkulacji. Mało dziś takich dźwięków trafia do naszych uszu.

Głowa dla snoba
Aby utrzymać ośrodek pochłaniający mnóstwo kosztów, siostry uprawiają ogród, hodują kury, króliki i świnie, ucząc jednocześnie mieszkańców okolicznych wiosek, że nie trzeba tkwić w biedzie, marazmie i pijaństwie. Siostra Lenka z dumą pokazuje tarasy stworzone przez zakonnice na zboczu wzgórza, by udoskonalić uprawę warzyw. – Tu nie powinno być biedy. Jeśli siejesz, ziemia rodzi przez cały rok – twierdzi.

Schodzimy na dół. Zaglądamy do kuchni, gdzie trwa właśnie oprawianie kur na rosół. Tym ciekawsze, że towarzyszy mu śpiewanie pobożnych pieśni. W krwawym procederze uczestniczą nastolatki z plemienia łowców głów Shuar. Zakonnice prowadzą bowiem także internat dla 25 młodych dziewczyn pochodzących głównie z dżungli amazońskiej. Dziewczęta przed południem pomagają w organizacji szkolnego życia, pracując w kuchni lub ogrodzie, a popołudniami same się uczą.
Najstarsza z nich, 23-letnia Mercedes, oprowadza nas po okolicy. Ze wszystkich stron otacza nas zieleń, czasem trochę spalona słońcem – jesteśmy przecież na równiku. Ze wzgórza widzimy lotnisko w Quito. Okazuje się, że w linii prostej dzieli nas od niego zaledwie kilka kilometrów. A jednak specyficzna topografia sprawiła, że wczoraj musieliśmy ich przejechać kilkadziesiąt, by dotrzeć autem do wioski.

Korzystając z okazji, pytam Mercedes, czy zwyczaj łowienia głów nadal istnieje. Niestety, odpowiedź jest twierdząca. Tyle że współcześnie nie mamy do czynienia z żadnym aktem rytualnym, ale ze zwykłym przestępczym biznesem, w którym morduje się ludzi dla zysku. Najsmutniejsze, że uczestniczą w nim także biali, którzy kupują głowy spreparowane do wielkości zaciśniętej dłoni, by postawić je na półce. Cena takiej główki sięga nawet dziesięciu tysięcy dolarów.

Rodzina do naprawy
Młoda Indianka podkreśla jednak, że społeczność, z której pochodzi, nie akceptuje tego procederu. – Ci, którzy to robią, są wyrzucani z wioski, spychani w głąb dżungli – mówi Mercedes. – U nas ludzie zajmują się głównie uprawą roślin, hodują konie i krowy. Niektórzy polują, ale na zwierzęta, nie na ludzi – dodaje.

Wieczorem w kaplicy obserwujemy, jak nastolatki z plemienia Shuar trwają w skupieniu na modlitwie. Ten obraz uświadamia nam ogrom pracy wychowawczej, jaką siostry wykonują wśród swoich podopiecznych. Dziewczyny pochodzą z okolic, w których normalnie nie mogłyby się uczyć. Wiele z nich uciekło przed okrutnym losem młodej kobiety w Amazonii. Zostać kolejną żoną dużo starszego Indianina to dla nich niezbyt ciekawa perspektywa. Tu otwierają się przed nimi nowe możliwości. Jedna z dziewczyn, Heidi, ma zamiar zostać w San Francisco de Oyacoto i pracować z dziećmi. Już teraz jest w grupie wolontariuszy prowadzących zajęcia. Drobniutka Ghesena, sierota, najmłodsza spośród dziewcząt z internatu, przyjechała do sióstr w jednej parze spodni i podkoszulku. Mówi, że chciałaby pojechać do Afryki pomagać biednym.
Ale biedy na miejscu jest aż nadto. Większość andyjskich maluchów trafia do ośrodka z problemami psychologicznymi. – W tym regionie istnieje poważny problem alkoholizmu, dlatego relacje w rodzinach nie są zdrowe – zaznacza ks. Antonio de Togni, pochodzący z Włoch opiekun duchowy sióstr. – Wiele z tych dzieci nie zna swoich ojców albo doświadcza różnego rodzaju molestowania. Są bardzo poranione. Siostry pracują więc także z dorosłymi, organizują dla nich spotkania, rozmawiają. Ludzie muszą mieć świadomość, że nie zmienimy niczego w ekonomii, dopóki nie naprawimy rodziny. Bo pełna rodzina zawsze sobie poradzi, nawet wtedy, gdy jest biedna.