Miłość od kuchni

Z klasztoru Zwiastowania w Biskupowie wyjeżdżamy z dobrą nowiną. 11 żyjących tam mężczyzn wie, gdzie jest miłość.

Brat Mateusz, magister nowicjatu, od 11 lat w zakonie, który właśnie odszedł od pszczół, jest pewien, że tu mnisi tańczą z Bogiem: – Jak mówili ojcowie greccy, Trójca Święta to nieustanne przenikanie się Osób Boskich – peryhoresis. Jakby kręciły się na karuzeli albo tańczyły porwane w wir miłości. Zostaliśmy zaproszeni do tego tańca. Czasami zmyli nam się krok, nadepniemy komuś na nogę, ale się nie zrażamy. Tańczymy dalej. O 13.00 w kaplicy powtarzają słowa modlitwy brewiarzowej: „Zaufaj Mu, a On sam będzie działał”. Oni zaufali Mu, wstępując do klasztoru. Brat Mateusz mówi, że ze szczęścia fruwał 5 cm na ziemią aż do ślubów wieczystych. – A i dziś czasem sobie zapłaczę z miłości – przyznaje. – Męczyłem się na studiach filozoficznych, chciałem, żeby Pan Bóg napisał mi list, co mam robić – opowiada. – Na stancji nigdy nie czułem się jak w domu. A tu od razu. Nie ma wśród nas dwóch jednakowych, cieszymy się ze swoich talentów i ciągniemy w górę – dodaje.

– Sami z osobna jesteśmy słabi, ale wspólnota wyciąga z kryzysów – uzupełnia przeor o. Sławomir Badyna, od 25 lat w klasztorze. Za ich gromadką od szesnastu wieków stoi rzesza poprzedników. Odmawiając „Wieczny odpoczynek” za zmarłych, wspominają braci z XI czy XIII wieku, jakby umarli wczoraj. – Mamy 1500 benedyktyńskich świętych – mówi o. Krzysztof, od 9 lat w zakonie. Odwiedzającym ich wydaje się, że biskupowscy mnisi dołączają w ich poczet. Ze wzgórza wioski, liczącej 760 mieszkańców, lepiej widać niebo.

Dwa guzy naraz

– Nie możesz kochać Boga, którego nie widzisz, jeśli nie kochasz brata. – Dlatego przychodzę i drży mi serce, bo chcę spotkać Boga, choćby w krótkiej rozmowie – mówi o. Sławomir. Uważność, z jaką patrzą, jest wyjątkowa. Mam wrażenie, że bardziej niż my sami w sobie, oni odkrywają w nas Boga, wędrując ze spojrzeniem gdzieś poza nasze oczy. Przez chwilę zastanawiam się, czy tego nie wystudiowali, ale nie da się udawać takiego zainteresowania. Tak „do środka” patrzył Jan Paweł II. A na dodatek ze wszystkich mnichów bije radość. Wyglądają, jakby przed chwilą zdarzyło im się coś dobrego. – Wiedzą, skąd płynie ludzkie szczęście – są pewni odwiedzający ich. Odkrywają, że ich radość nie bierze się wyłącznie z modlitw i adoracji Najświętszego Sakramentu, ale codziennego życia wspólnotowego. Ono ma taki sam sens jak wielbienie Boga.

– Żyjący na przełomie wieków V–VI nasz założyciel, św. Benedykt, był mistrzem równowagi – opowiada przeor. – W swojej Regule, którą czytamy codziennie przez pół godziny, mówi o równorzędnym znaczeniu życia praktycznego i duchowego. O o. Ludwiku Mycielskim – założycielu biskupowskiej wspólnoty – mówi się, że ma powołanie benedyktowe, nie benedyktyńskie. Konsekwentnie wrócił do zawartych w Regule pierwotnych zasad. A ich podstawą jest testament św. Benedykta, zawarty w 72. rozdziale, mówiący o tym, by miłość wzajemną okazywali sobie na wyścigi. – Kiedy jednemu z braci upadnie kartka, a jest przy nim drugi – to obaj powinni nabić sobie guza, schylając się po nią – to kwintesencja naszego życia – wyjaśnia.

– Niekiedy, gdy zostawię miskę z praniem do rozwieszenia, ona nagle znika – opowiada wysoki na prawie 2 metry o. Marcin, odpowiedzialny za 300-letni dom dla gości, teraz uwijający się po nim z mopem. – Bracia wiedzą, że mam kłopoty z kręgosłupem i wyręczają mnie.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg