Nie umiem grać

Z red. Krzysztofem Ziemcem, narratorem filmu „Jan Paweł II. Szukałem Was”, rozmawia Agata Puścikowska.

Agata Puścikowska: Jak to się stało, że Pan – dziennikarz, nie aktor – zagrał w filmie?

Krzysztof Ziemiec: – Sam się do tej pory zastanawiam (śmiech). Ale po kolei. Prace nad filmem trwały prawie cztery lata. W połowie przygotowywania materiałów okazało się, że jest tego wszystkiego ogromnie dużo. I konieczny jest narrator, ktoś, kto splecie poszczególne wydarzenia, miejsca, w całość. Producent i reżyser szukali więc takiej osoby. Nie widzieli w tej roli profesjonalnego aktora: może bali się, że zacznie… grać. Z tego, co potem mi mówiono, wszyscy twórcy filmu, jednogłośnie, widzieli w tej roli mnie, nie wiedząc nawet, czy dam radę. A wtedy, na początku 2009 r. byłem… prawie jak nieboszczyk. Pół roku po ciężkim wypadku, całkowicie poparzony. I nie wiadomo było, czy wrócę do normalnego życia. Może to Boży znak? Podobno twórcy chcieli mnie jako narratora także dlatego, że mi „dobrze z oczu patrzy” (śmiech). To miłe, że dzisiejsi ludzie mediów i na takie niuanse zwracają uwagę… Co ciekawe – twórcy filmu nie przypuszczali, że na koncie życiowym i zawodowym mam kilka „papieskich historii”.

Znał Pan Jana Pawła II?

– Osobiście niestety nigdy go nie poznałem. A jednocześnie – towarzyszył mi od dzieciństwa. Tak to czuję… Najpierw czerwiec 1979, miałem 12 lat. Pamiętam, jak z wielkim wzruszeniem witaliśmy papieża jadącego ulicami Warszawy. To był niezwykły czas: wielka chwila, nawet ja, dziecko, wówczas to czułem. I kolejna papieska pielgrzymka, w 1983 r. Uczestniczyłem już we Mszy św. sprawowanej przez Ojca Świętego na Stadionie Dziesięciolecia. Potem rok 1987 i m.in. gdańska Msza na Zaspie, podczas której padły wspaniałe słowa o solidarności. Słuchałem jej przez radio i zastanawiałem się: dlaczego mnie tam nie ma? W radiu właśnie! Czułem, że to ja powinienem opowiadać przez radio ludziom o pielgrzymce. Poczułem wtedy mocno, że mimo iż studiowałem na politechnice, moja droga zawodowa powinna być inna. I w końcu tak też się stało. Po ukończeniu studiów rozpocząłem swoje zawodowe życie od nowa. W kolejnych latach, już właśnie jako reporter radiowej Trójki, wielokrotnie byłem na papieskich pielgrzymkach. I naprawdę zależało mi, żeby dzięki moim relacjom Polacy poczuli się, jakby byli przy Janie Pawle II. W końcu nadszedł kwiecień 2005. Byłem już wtedy prowadzącym główne telewizyjne „Wiadomości”.

Przez kilka dni, towarzyszyliśmy – wraz z widzami – umierającemu papieżowi. Czułem, że żegnam go w imieniu całej Polski… I w końcu, trzy lata potem, dramatyczny wypadek. Leżałem w szpitalu, w stanie bardzo ciężkim. Fizycznie i psychicznie. Paweł Zuchniewicz ofiarował mi obrazek z fragmentem szaty Jana Pawła II. Otrzymałem relikwię. Zapewnił też o modlitwie za mnie, przy grobie Ojca Świętego. Modliłem się i ja, przez wstawiennictwo papieża, jak mogłem... Pół roku później przyszła propozycja filmu o nim. Rok temu, na beatyfikacji, też byłem w Rzymie jako wysłannik TVP. Kolejny przypadek? Twierdzę, że w życiu nie ma przypadków. I moja skromna osoba gdzieś tam, nieprzypadkowo przy tym wielkim pontyfikacie się odnalazła.

A jak Pan zareagował na propozycję reżysera: dostać główną rolę – to brzmi dumnie...

– Przypominam, że główną rolę w tym filmie odgrywa Jan Paweł II! A co do mojej reakcji: gdy filmowcy do mnie zadzwonili i zaproponowali, żebym został narratorem, długo nie wierzyłem. Myślałem, że to jakiś żart typu „ukryty mikrofon i kamera”. I dopiero po kolejnym telefonie, gdy skontaktował się ze mną sam reżyser Jarosław Szmidt, uwierzyłem. Spotkaliśmy się, a ja się czułem jak maturzysta na egzaminie ustnym. Długi stół, pełno ludzi. Oni mówią o filmie, o swoich wizjach. Ja słucham i myślę: „Boże, to nierealne. Takie wydarzenie. Ja śnię”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg