(Nie)szczęśliwa wyspa

Fukushima znaczy szczęśliwa wyspa. Rok temu trzęsienie ziemi sprawiło, że to miejsce przestało być szczęśliwe. Dziś są tu tylko ruiny fundamentów domów. Wśród nich spotkaliśmy kilku dawnych mieszkańców.

Dokładnie o 14.46 11 marca 2011 r., kilkanaście kilometrów od wschodniego brzegu głównej japońskiej wyspy Honsiu, zatrzęsło się dno morskie. Z siłą bardzo rzadko spotykaną, bo aż 9 stopni w skali Richtera. Ziemia trzęsła się kilka minut bez przerwy. Ludzie wybiegali przed domy. A właściwie wyczołgiwali się. Przy tak dużych wstrząsach nie da się chodzić. Podobno to było drugie największe trzęsienie ziemi z zarejestrowanych dotychczas na świecie. Jego siła była zaskoczeniem, bo prefektura Fukushima nie leży na obszarze najbardziej aktywnym sejsmicznie.

Gdy ziemia się uspokoiła, stacje radiowe zaczęły nadawać komunikat o nadchodzącej fali tsunami. Tylko nieliczni go usłyszeli. 30 minut po trzęsieniu zniszczone tereny zalała woda. Fala miała miejscami wysokość 15 m. Przewracała domy, porywała pociągi towarowe, przenosiła duże statki i kutry wiele kilometrów w głąb lądu. Odeszła równie szybko, jak przyszła, pozostawiając po sobie straszne spustoszenia. Kataklizm, a właściwie dwa kataklizmy w godzinę uśmierciły około 20 tys. ludzi i pozbawiły całego dobytku przynajmniej 200 tys.

Zostały fundamenty

W Japonii wszystko jest poukładane. Na tokijskim lotnisku jest osoba odpowiedzialna za to, by druczki różnych deklaracji celnych leżały równo, jeden na drugim. Kto inny pokazuje, gdzie stanąć, by nie czekać w zbyt długiej kolejce do odprawy. Ktoś za mnie łapie taksówkę, ktoś odprowadza mnie w hotelu do windy. Pociągi mają prawo się spóźnić, dopiero gdy wystąpi silne trzęsienie ziemi, a autobusy tylko wtedy, gdy zablokowana jest droga (kurs nie jest odwołany, tylko zmieniona jest trasa). W takim kraju nawet skutki ogromnego kataklizmu zostały z zimną logiką zlikwidowane. Wraki samochodów na jedną stertę, łodzi i kutrów na inną. Motocykle i skutery leżą w jednym miejscu, a sprzęt elektroniczny w innym. Drewniane elementy spalono, a kamienne gruzy specjalną maszyną pokruszono i usypano na równe kopce. Dopiero z bliska widać pogruchotane kawałki dachówek i kolorowych kafelków. Może z kuchni?

Gruz przyda się do budowy nowych dróg albo odbudowy zabezpieczeń przed kolejnym żywiołem.

Na zniszczonych terenach w zasadzie nie ma ruin. Są tylko fundamenty. Wygląda to tak, jak gdyby ktoś właśnie rozpoczął budowę ogromnego osiedla domków jednorodzinnych. Prawie wszystko zostało uprzątnięte. Gdy kolejnego dnia wybieramy się w okolice miasta Sendai, kilkadziesiąt kilometrów na północ od Fukushimy, na ziemi leży śnieg. Tak skutecznie przykrywa fundamenty domów, że coś, co kiedyś było prężnie działającą i bogatą dzielnicą portową, dzisiaj wygląda jak pustkowie. O tym, co rok temu się tutaj stało, świadczą tylko ogromne sterty równo zmielonego gruzu i dwa, może trzy szkielety domów, których jeszcze nikt nie uprzątnął.

Niecałe 200 km na południe, w okolicach miasta Iwaki, nie ma śniegu. Tu przynajmniej widać obrysy dawnych domów. Po nieistniejącej nadmorskiej dzielnicy miejscowości Onahama spacerujemy z Takano Yukiko, której dom rodzinny został całkowicie zniszczony. – Z mojej rodziny nikt nie zginął, ale straciłam najlepszą przyjaciółkę – mówi nam Tanako. O tragedii sprzed roku starsi Japończycy nie chcą rozmawiać z obcymi. Wstydzą się tego, co się stało.

Dom rodzinny Tanako został zniszczony przez trzęsienie ziemi. Gdyby zalała go fala tsunami albo gdyby był na obszarach ewakuowanych z powodu awarii elektrowni atomowej, z większą nadzieją spoglądałaby w przyszłość. Rząd przede wszystkim troszczy się o ofiary tsunami i elektrowni. Na razie każdy, kogo nie było stać na kupno domu czy mieszkania w innej części kraju, może mieszkać w obozach zbudowanych z kontenerów. Rodzice Tanako też mieszkają w kontenerze. Po trzęsieniu ziemi mama straciła pracę i utrzymuje się z renty chorego ojca.

Domek dla dzieci

Japończycy nie są sentymentalni. Stało się, trudno, widocznie zasłużyliśmy – tak twierdzi większość. Czy chcą wracać tam, gdzie jeszcze niedawno mieszkali? Jedni chcieliby, ale ich nie stać, stracili cały swój majątek i nie mają za co wybudować domu. Inni nie mają do czego wrócić, bo stracili pracę. Zrujnowane tereny były zamieszkiwane głównie przez nienajbogatszych rolników i rybaków. Zalana wodą z oceanu gleba jest zasolona. Nic nie chce na niej rosnąć. Rybacy stracili kutry, a wiele przystani jest zniszczonych. Poza tym komu mieliby sprzedawać ryby, skoro z powierzchni ziemi zniknęły całe dzielnice i miejscowości? Nie mają gdzie mieszkać, nie mają jak pracować. – W najgorszej sytuacji są ci, którzy wzięli kredyty, by wybudować dom – mówi o. Czesław Foryś, dominikanin od ponad 30 lat mieszkający w Japonii. – Banki nie chcą umorzyć ich długów – dodaje. Ojciec Foryś mieszka w Iwaki, mieście oddalonym o 40 km od epicentrum zeszłorocznego trzęsienia ziemi. Gdy ziemia zaczęła się trząść, był w kościele. Jak mówi, wyturlał się na dziedziniec. Jego miasto miejscami opadło o 80 cm. W okolicach Iwaki jest 25 obozów kontenerowych dla osób poszkodowanych. Są tam zakwaterowani dawni sąsiedzi, ludzie, którzy przed kataklizmem mieszkali obok siebie. Jeden obóz to jedna dzielnica albo jedna miejscowość. To szczególnie ważne dla dzieci, które dzięki temu nie zostały rozdzielone ze swoimi przyjaciółmi. Obok jednego z takich obozów Caritas i wierni sąsiedniej diecezji wybudowali drewniany dom kultury, a właściwie domek kultury. Tutaj dzieci mogą przyjść po szkole, napić się kakao i odrobić lekcje.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg