Wspomina prof. Jerzy Gałkowski, wykładowca KUL

Kiedy przyjeżdżaliśmy do Krakowa, Ksiądz Profesor zabierał nas w góry. Spotykaliśmy się na początku szlaku przed południem i razem wyruszaliśmy. Z bp. Wojtyłą spędzaliśmy cały dzień.

Jego obowiązki nie pozwalały na prowadzenie typowych zajęć na KUL-u, więc to my, studenci, przyjeżdżaliśmy do niego nocnym pociągiem na cały dzień. Wtedy albo szliśmy w góry, albo zostawaliśmy w kurii, kiedy pogoda nie pozwalała na wędrówkę. Na szlaku zawsze znajdował czas na modlitwę i rozmowy, często bardzo osobiste. To było jednak normalne seminarium.

Pamiętam, jak kiedyś jako studenci doktoranci przyjechaliśmy do Krakowa. To był przełom wiosny albo jesieni, a my postanowiliśmy, że wybierzemy się na Sikornik niedaleko Krakowa. To nieduże wzniesienia, ale piękne okolice. Doskonały teren do wypoczynku i pracy, bo przecież wiele czasu poświęcaliśmy na dyskusje na temat naszych doktoratów. Nie byłem przygotowany na tę wędrówkę, w przeciwieństwie do ks. Wojtyły, który zabrał ze sobą turystyczne buty i zapasowe skarpety.

Szliśmy na przełaj, teren był rozmoknięty, więc prawie natychmiast przemoczyłem nogi. Kiedy Wuj się zorientował, wyciągnął z plecaka zapasową parę i wręczył mi z uśmiechem. Już ich nie mam, bo zaraz po powrocie je odesłałem. Ksiądz Profesor zawsze znajdował czas na wypoczynek; zawsze aktywny. Ci, którzy lubili narty, np. ks. prof. Andrzej Szostek czy ks. prof. Tadeusz Styczeń, jeździli z nim na narty. Chętnie wybierał się z nami na kajaki. Lubił pływać Krutynią albo po jeziorach, tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy spotkaliśmy się nad jeziorem w Świętej Lipce.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama