Chrześcijaństwo centrum i peryferii

Co jest ważne, a co ważniejsze? Chrześcijanin powinien ciągle wracać do podstawowych pytań. I ciągle powinien udzielać podstawowych odpowiedzi. Choćby ciągle tych samych.

Reklama

Refleksja nad lekturę Evangelii gaudium 34-39

Najważniejsze jest to, najważniejsze jest tamto, a jeszcze ważniejsze, by. Tak można pokrótce streścić moje wrażenia z wykładu, jaki pewna katolicka publicystka wygłosiła podczas jednego z sympozjów, w których dane mi było swego czasu uczestniczyć. To był sam środek dusznej dekady lat 80. Słuchałem jej mądrości z mieszanymi uczuciami. Nie, no, miała rację. W konfrontacji z totalitarnym państwem sprawy które przedstawiała były naprawdę ważne. Tylko co to miało wspólnego z Ewangelią? Ani razu wśród tych ważnych spraw nie została wymieniona miłość Boga, modlitwa, wierność Ewangelii, moc płynąca z sakramentów. Ważne były tylko sprawy społeczne, w których Kościół musiał koniecznie zwrócić uwagę na, apelować o to, by i tak dalej. Taki „społeczny katolicyzm”, który w moich uszach coraz bardziej przerażonego słuchacza niczym nie różnił się od ideologii. Że u podstaw takiego widzenia świata leży spotkanie z zbawiającym świat Jezusem Chrystusem? Tego słuchacz musiał się domyślić. Ale nie jestem pewien, czy sama prelegentka o tym wiedziała.

Podobnie bywa i dziś. My, wierzący, zajmujemy się wieloma sprawami. Bronimy życia nienarodzonych, sprzeciwiamy się in vitro, nie w smak nam antykoncepcja, homoseksualizm i gender. Domagamy się nieusuwania krzyża z miejsc, w których już jest, religii na maturze i sprawiedliwości w kwestii zabranych Kościołowi przez komunistów majątków. Oczywiście mamy rację. I co z tego?

Obraz Kościoła, jaki wyłania się z takiego przekazu jest dość smutny. Że ten obraz nie jest prawdziwy? Że przecież mówimy jeszcze o wielu innych rzeczach? Tak, to często wina przekazu medialnego, który ekscytuje się sporem i sensacją. „Głoszone przez nas orędzie narażone jest bardziej niż kiedykolwiek na to, że ukaże się okaleczone i sprowadzone do pewnych jego aspektów drugorzędnych” (EG 34) – pisze papież. Ale dodaje też:  „Musimy być realistami i nie traktować jako pewnik, że nasi rozmówcy znają pełne tło tego, co mówimy, albo że mogą połączyć nasze słowa z istotnym rdzeniem Ewangelii, nadającym im sens, piękno i atrakcyjność” (EG 34). Jeśli tak nas widzą, to przynajmniej po części jest to nasza wina. Za mało dbamy o przekaz bardziej czytelny. Postronny obserwator faktycznie może pomyśleć, że chrześcijaństwo to tylko jedna z ideologii. Bo krzyczymy w wielu drugorzędnych sprawach. Jakbyśmy uznali, że te pierwszorzędne wszyscy już znają, więc nie ma sensu ich powtarzać. W ten sposób gubimy to, co najważniejsze. Czyli?

„Ewangelia zaprasza przede wszystkim, byśmy odpowiedzieli Bogu, który nas kocha i nas zbawia, rozpoznając Go w innych i wychodząc poza samych siebie, by szukać dobra wszystkich. To zaproszenie nie może być przysłonięte w żadnych okolicznościach!” – pisze papież Franciszek (EG 34). W Boże Narodzenie musi wyraźnie wybrzmieć prawda, że Bóg się rodzi, by przywrócić nam utracone niebo, a nie tylko rodzinny nastrój i kultywowanie tradycji. W Niedzielę Zmartwychwstania musimy krzyczeć, że Chrystus pokonał śmierć, więc jest nadzieja, że i my kiedyś zmartwychwstaniemy. Niesamowita wieść dla ludzkości „siedzącej w mroku i cieniu śmierci”. Tymczasem można odnieść czasem wrażenie, że nas samych ta prawda niespecjalnie rusza. W każdym razie znacznie mniej niż np. nowe szykanujące wierzących ustawodawstwo w Kanadzie.  

Skąd się to bierze? Być może się mylę, ale wydaje mi się, że wielu zaangażowanym katolikom orędzie Ewangelii po prostu się znudziło. Tu już (pozornie!) wszystko jest znane, nic nowego dodać nie można. A zaangażowanie w spory światopoglądowe czy nawet polityczne wydaje się ze sobą nieść powiew świeżości. Tymczasem trzeba pamiętać, że nawet jeśli człowiek uznaje, że z Bogiem ma sprawy uporządkowane, powinien ciągle wracać do spraw podstawowych, ciągle zadawać te same podstawowe pytania: o swoją wiarę, o otwartość na Boże słowo, gotowość do wcielania w życie Ewangelii i parę innych. Bez pozwolenia, by naszą wiarę zasilały ożywcze wody Bożej łaski łatwo staje się ona zarośniętym bajorem.

Jak ustrzec się przed wykrzywieniem tego, o co chodzi w chrześcijańskim orędziu? Papież zwraca za uwagę iż „w głoszeniu Ewangelii konieczne jest zachowanie należytej proporcji (...) „Można ją rozpoznać w częstotliwości, z jaką porusza się niektóre tematy, oraz w akcentach, jakie się kładzie w przepowiadaniu” (EG 38). I dalej podaje przykład mówienia o cnotach wstrzemięźliwości (mniej ważna) i o miłosierdziu (ważniejsza), dodając: „To samo ma miejsce, gdy bardziej się mówi o prawie niż o łasce, bardziej o Kościele niż o Jezusie Chrystusie, bardziej o papieżu niż o Słowie Bożym” (EG 38). A w polskich realiach chyba lepiej byłoby podać inny przykład: z jednej strony mówienie o zagrożeniach i szykanach z jakimi spotyka się Kościół, z drugiej zbywanie ogólnikami tematu nadziei, jaką daje wiara.

Katolicy mocno zaangażowani w bicie w dzwon na trwogę z powodu tego czy innego zagrożenia zwykli tłumaczyć, że takie działania są konieczne, bo bez niego większość w ogóle nie zauważy zagrożenia. Jest w  tym sporo racji. Zwłaszcza gdy chodzi o zagrożenia większego kalibru, a nie motywowanie wiarą politycznych sympatii. Ale zawsze trzeba pytać o owe proporcje. Bo inaczej...

„Wszystkie cnoty pozostają na służbie tej odpowiedzi miłości” – pisze papież. Odpowiedzi miłości na miłość i zbawienie nas prze Boga. „Jeśli to zaproszenie nie jaśnieje mocno i pociągająco, moralnej budowli Kościoła grozi, że stanie się zamkiem z papieru, a to jest naszym najgorszym niebezpieczeństwem. Wówczas bowiem nie będzie głoszona Ewangelia, lecz niektóre akcenty doktrynalne lub moralne wywodzące się z określonych opcji ideologicznych. Orędziu grozić będzie utrata jego świeżości i nie będzie już miało «zapachu Ewangelii»” (EG 39). A przecież na tym najmniej powinno nam zależeć...

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

  • Andrzej_Macura
    20.01.2014 23:16
    A gdzie napisano, że nie mamy mówić o grzechu i o krzyżu? Mowa była o właściwie rozłożonych akcentach.

    Ale swoją drogą przeakcentowywanie grzechu i krzyża też nie powinno mieć miejsca. My mamy głosić Chrystusa ukrzyżowanego, który jednak daje światu zbawienie. Mamy mówić o grzechu i śmierci pokonanych przez zmartwychwstanie. I przede wszystkim....

    Proszę zwrócić uwagę, że we fragmencie, który Pan przywołał nie ma mowy o tym, że to jest orędzie, z którym wychodzimy do ludzi. Niewierzącym głosi się, że Jezus za nich umarł. A nie to, że się mają zbroić. To co pisze Paweł jest wezwaniem skierowane do głosicieli, którzy głoszeniem Ewangelii się trudzą. To oni mają wdziać pełną zbroję Bożą. To oni stoją się żołnierzami Chrystusa. Ale stają się nimi po to, by nie zniechęcać się w głoszeniu Dobrej Nowiny wobec różnych przeciwności...

    Aż dziw bierze, ze to może być niejasne...
  • oremus
    21.01.2014 09:31
    Mam świadomość, że „nikt (…) wina nie wlewa do starych bukłaków, w przeciwnym razie wino rozerwie bukłaki, i wino przepadnie”. Osobom nie znającym Chrystusa najpierw głosimy orędzie o Miłości i Miłosierdziu Boga, a kiedy to orędzie przyciągnie do Boga, ktoś pokocha Go całym sercem i będzie chciał żyć w zgodzie z nauką Chrystusową, to przyjmie orędzie o grzechu i Krzyżu, nie uznając tego za ciężar, ale pomoc w kroczeniu do Nieba.
    Rozumiem, że nie należy przeakcentować ani orędzia o grzechu i Krzyżu, ani orędzia o Miłości i Miłosierdziu.
    Ale niestety tak się dzieje. Z jednej strony są osoby duchowne i teologowie, którzy twierdzą, że piekła nie ma.
    A z drugiej strony – np. grupy charyzmatyczne, w których zawsze znajdzie się część osób, które przychodzą na takie spotkania tylko po to, żeby doznać niezwykłych emocji, wzniosłych uczuć, zapominając często w tym wszystkim o Bogu (w Liście do Koryntian św. Paweł podkreśl, że jak w jakiejś grupie mówią językami, zawsze powinien być ktoś, kto to będzie tłumaczył).

    A przecież ma Pan świadomość, że wiara to nie uczucia. To nie emocje. Owszem, i na nie jest miejsce w wierze, ale nie można na nich poprzestać, bo będzie to wiara infantylna i wypaczona. Tak jak prawdziwa miłość to nie uczucie, ale stan, wybór, decyzja, trwanie.
    W wierze jest czas na radość, euforię, ale potem przyjdzie i pustynia, i noc ciemna.
    I w głoszeniu Ewangelii trzeba na to wszystko ludzi przygotować. Mądrzy katecheci o tym wiedzą.

    Z tym orędziem Pawłowym (z Listu do Efezjan) też trzeba wychodzić do ludzi nie znających Chrystusa/poszukujących), oczywiście, nie na samym początku, jak Pan napisał, ale jednak nie możemy Słowa Bożego zafałszować, omijając pewne fragmenty – stąd niedaleko do relatywizmu…
    Napisał Pan, że „to, co pisze św. Paweł, to wezwanie do głosicieli, którzy głoszeniem Ewangelii się trudzą. To oni mają wdziać pełną zbroję Bożą. To oni stoją się żołnierzami Chrystusa.”
    Przecież przez bierzmowanie wszyscy stajemy się żołnierzami Chrystusa! Pan i ja również.
    Nie tylko kaznodzieje, katecheci, każdy wierzący ochrzczony i bierzmowany jest żołnierzem Chrystusa.

    Aż dziw bierze, że to może być niejasne… ;)
  • Andrzej_Macura
    21.01.2014 09:50
    Cały czas chodzi o to, żeby nie zapominać o tym co najważniejsze. Żeby mniej ważne nie przesłoniło najważniejszego. A najważniejsze jest - to pisze papież „Ewangelia zaprasza przede wszystkim, byśmy odpowiedzieli Bogu, który nas kocha i nas zbawia, rozpoznając Go w innych i wychodząc poza samych siebie, by szukać dobra wszystkich. To zaproszenie nie może być przysłonięte w żadnych okolicznościach!”

    Dlaczego chce Pan zaproszenie do odpowiedzi danej kochającemu Bogu przysłaniać innymi sprawami? Czym w końcu jest Ewangelia? Czyż nie Dobrą Nowiną o zbawieniu? Jeśli ten element schodzi na jakiś plan dalszy, cóż daje człowiekowi chrześcijaństwo? Jeśli zmartwychwstanie - Jezusa i nasze - nie jest centralną prawdą chrześcijaństwa to "jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy". Bez wiary w nasze zmartwychwstanie cała nasza religijność i dobre życie nie mają sensu. Dlatego tak ważne jest najpierw ukazać ofertę, jaka człowiekowi daje Bóg, potem dopiero uświadamiać mu, że to rodzi jakieś wymagania. Jeśli robimy odwrotnie, nieuchronnie spotykamy się z pytaniem "po co". Po co mam chodzić do Kościoła, jeśli umrę, po co mam chodzić do Kościoła, jeśli Bóg i tak będzie na mnie zły, bo w czymś tam nie domagam. Po co się mam starać wychodzić z grzechu w którym mi dobrze, skoro nic z tego nie będę miał.

    Jeśli Dobrą Nowinę zamieniamy na wymagania, stawiamy sprawę na głowie...
  • konwalia
    21.01.2014 22:31
    Człowiek zechce się zacząć zmieniać tylko wtedy gdy doświadczy dobra od osoby od której się go nie spodziewa a uważa nawet że tego dobra nie powinien doświadczyć bo tę osobę skrzywdził lub źle traktował.
    Tylko taka postawa jednego ma moc aby drugi zechciał stanąć w pokorze i w prawdzie na swój temat i to będzie początkiem zmiany jego myślenia a co za tym idzie i życia, gdyż ten pierwszy już to uczynił i stosuje w życiu naukę Chrystusa.

    Mało słów, konkretne zachowania w codziennych sytuacjach w konkretnych miejscach.

    Natomiast kapłan który ma prawdziwą relację z Jezusem zawsze dobrze naucza. Jeżeli traci tę relację gubi się sam i innych prowadzi na manowce wiary. Papież Franciszek od początku swojego pontyfikatu mówi o tych zagrożeniach, o ich przyczynach i skutkach dla całego Kościoła.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama