Język Franciszka

Papież, choć mówi językiem przemawiającym do młodzieży, nie podlizuje się jej, ale stawia wymagania. To wyraźnie odróżnia go od wielu dzisiejszych samozwańczych proroków.

Reklama

Przy okazji skandalicznego wystąpienia ks. Lemańskiego na Przystanku Woodstock pojawiły się w mediach głosy, że „robi on dokładnie to samo co papież Franciszek”. Z niedowierzaniem przecierałem uszy, słysząc, że obaj, troszcząc się o Kościół, wbijają kij w mrowisko. Bo przecież to zupełnie inny kij i inne mrowisko. Aby to dostrzec, wystarczy wsłuchać się w to, co Franciszek mówi o Kościele.

Droga pokory

Od momentu, kiedy papież po raz pierwszy pojawił się na balkonie bazyliki św. Piotra, używał języka pokory. „Przede wszystkim chciałbym pomodlić się za emerytowanego biskupa Rzymu. Módlmy się, aby Pan błogosławił mu, a Najświętsza Maryja Panna strzegła” – mówił w pierwszych zdaniach swojego pontyfikatu. Jakże to dalekie od opowieści o pokoleniu biskupów, które „musi wymrzeć”, by coś się zmieniło! Jeszcze mocniej brzmią w tym kontekście słowa papieża skierowane do kardynałów: „Połowa z nas jest w podeszłym wieku: starość jest – jak lubię ją określać – okresem mądrości życia. Starzy ludzie obdarzeni są mądrością, bo przeszli w życiu długą drogę, jak starzec Symeon, jak stara Anna w świątyni. I właśnie ta mądrość pozwoliła im rozpoznać Jezusa. Obdarzajmy tą mądrością młodych: jak dobre wino, które z upływem lat staje się coraz lepsze, obdarzajmy młodych życiową mądrością”. Tymczasem kapłan, wykreowany przez media na kogoś, kto realizuje na polskim gruncie przesłanie Franciszka, narzeka, że Światowe Dni Młodzieży organizują u nas „ludzie po siedemdziesiątce” (co zresztą nijak ma się do stanu faktycznego)! Papież robi coś dokładnie odwrotnego: już na samym początku zwraca uwagę na ciągłość tradycji, słuchanie mądrości Kościoła. Jego pokora wyraża się też w innym geście otwierającym pontyfikat: nim biskup Rzymu pobłogosławi swój lud, najpierw sam skłania przed nim głowę, pochyla się wyraźnie, prosząc o modlitwę. „A teraz rozpoczynamy tę wspólną wędrówkę – biskup i lud. Jest to wędrówka Kościoła rzymskiego, który przewodniczy całemu Kościołowi. Módlmy się za siebie, za cały świat” – mówi. A więc idźmy razem, wspierajmy się wzajemnie. Znaczący wydaje się także fakt, że ojciec święty zachęca do modlitwy w ciszy. W rozkrzyczanym świecie wzywa więc do uważnego wsłuchiwania się w głos Boga i w siebie nawzajem.

Franciszek jest papieżem prostych słów i gestów. Krytykowany przez niektórych za swoje „dobry wieczór”, „dobranoc” i „niechlujne” buty, przenosi punkt ciężkości gdzie indziej. „Och, jakże bardzo chciałbym Kościoła ubogiego i dla ubogich!” – mówił. Koncentrowanie się na sprawach ubóstwa nie dziwi zbytnio u papieża pochodzącego z Ameryki Południowej – kontynentu dotkniętego biedą. Ale przecież ubóstwo jest też w samym sercu Ewangelii. „Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych” – mówi Jezus. Także i my jesteśmy wezwani do bycia „ubogimi w duchu” – czyli pokornymi. Niepokładającymi nadziei we własnej świętości, intelekcie i talentach, ale w Bogu – bo tylko On może nas przemienić.

Pachnieć jak owce

Do takiego ubóstwa, zarówno materialnego, jak i duchowego, papież wzywa też księży, i tu, być może, tkwi źródło medialnych uproszczeń. Franciszek bywa dość chętnie przeciwstawiany reszcie duchowieństwa, choć on sam mówi wyraźnie, że „nie chce dokładać księżom”. Z wielką delikatnością, ale i stanowczo zwraca im tylko uwagę, by nie zamykali się w doświadczeniu swojego „ja”, ale wychodzili do ludzi. „Jakie jest miejsce, gdzie Jezus był najczęściej, gdzie można Go było najłatwiej spotkać? Na drogach! Mogło się wydawać, że był bezdomnym, ponieważ zawsze był na drodze!” – mówił do duchownych diecezji rzymskiej. Mocno zabrzmiały jego słowa wypowiedziane podczas Mszy św. Krzyżma w marcu 2013 r.: „Kapłan, który mało wychodzi z siebie do innych, który niewiele namaszcza – nie mówię »wcale«, bo nasi wierni – Bogu dzięki – porywają nam namaszczenie – traci to, co najlepsze z naszego ludu, to, co potrafi ożywić najgłębszą część jego kapłańskiego serca. Ten, kto nie wychodzi z siebie, zamiast być pośrednikiem, staje się stopniowo najemnikiem i zarządcą. Wszyscy znamy różnicę: najemnik i zarządca »otrzymali już swoją zapłatę«, a ponieważ nie narażają swojej skóry i swojego serca, nie otrzymują serdecznego podziękowania, wypływającego z serca. Stąd właśnie pochodzi niezadowolenie niektórych księży, którzy w końcu stają się smutni, zamieniają się w pewien rodzaj kolekcjonerów antyków albo nowinek, zamiast być pasterzami »pachnącymi jak owce«. Proszę was o to – bądźcie pasterzami pachnącymi jak owce, aby można to było odczuć!”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama