Cierpliwość do proroka

Prorok Benedykt dał Kościołowi proroka Franciszka. I jeden, i drugi spotykali się i spotykają z niezrozumieniem. Prorocy już tak mają – zrozumienie tego, co przekazują od Boga, przychodzi często dużo później.

Nie byłoby Franciszka bez odwagi i pokory Benedykta XVI. Trudno na wstępie nie postawić obok siebie obu papieży, bo wraz z upływem lat pontyfikatu Franciszka widać, jak prorocka właśnie była decyzja papieża Ratzingera o ustąpieniu (choć wywołała niezrozumienie). Nie tylko nowa energia i nowy styl, ale też nowe kierunki, jakie wyznacza papież Bergoglio, pokazują, że jego wybór był znakiem czasu oraz wyzwaniem dla świata i Kościoła. Może nawet tym razem zwłaszcza dla Kościoła.

„Skłonności” prorockie

Benedykt XVI w „Ostatnich rozmowach” na pytanie Petera Seewalda, co dla Kościoła oznacza nowy papież, tak różny od poprzedników, przyznał: „To znaczy, że Kościół jest elastyczny, dynamiczny, otwarty i dochodzi w nim do nowych procesów; że nie zastygł w jakimś schemacie, lecz wciąż zdarza się w nim coś zaskakującego; że ma w sobie energię, która go ciągle odnawia. To wspaniałe i zachęcające, że właśnie w naszych czasach dzieją się rzeczy, których się nie spodziewano, pokazujące żywotność i nowe możliwości Kościoła”. Nie ma zatem racji, moim zdaniem, Russel Ronald Reno, redaktor naczelny amerykańskiego pisma „First Things”, który w wywiadzie dla „Znaku” powiedział m.in.: „Mający za sobą 2 tys. lat tradycji urząd papieski (…) nie powinien być wciąż wymyślany na nowo”. Gdyby trzymać się konsekwentnie tego założenia, należałoby skrytykować także Jana Pawła II, który zmienił oblicze papiestwa w sposób radykalny. A jeszcze wcześniej zarzucić Janowi XXIII i Pawłowi VI, że zrezygnowali z uświęconych przecież tradycją zwyczajów czy symboli władzy papieskiej. To samo dotyczy zaufania do tego, co robi obecny papież. To, co czasem przewija się w komentarzach wokół Franciszka, do pewnego stopnia przypomina odbiór, z jakim spotykał się w Kościele Jan XXIII: pewne niedowierzanie, że „ten prosty człowiek” ma coś do powiedzenia światu i Kościołowi. We wspomnieniach nieżyjącego już osobistego sekretarza Papieża Dobroci, ks. Lorisa Capovilli, znajdują się m.in. takie zdania: „Nawet sami mieszkańcy prowincji Bergamo, choć darzyli go sympatią i cenili, nie dostrzegali w nim znamion człowieka będącego w stanie sprostać wyzwaniom urzędu następcy św. Piotra, zapuścić się w głębiny ówczesnych dramatów, otworzyć nowe perspektywy dla ewangelizacji (…). Niektórzy wahają się przyznać, że widać było w nim prostotę, ale nie prostactwo, miłosierdzie, ale nie naiwność, wewnętrzną dyspozycyjność, ale nie łatwowierność, zawierzenie Opatrzności, ale nie fatalizm, nieustraszoną odwagę, ale nie zuchwałość, niezachwianą nadzieję, ale nie skłonność do złudzeń”. Jana XXIII nikt nie podejrzewał więc o „wielkość” czy „skłonności” prorockie, a podjął on prorocką decyzję o zwołaniu przełomowego soboru, choć dominowało przekonanie, że nie ma takiej potrzeby, a już na pewno nie pod „wywrotowym” (na tamten czas) hasłem aggiornamento (uwspółcześnienie).

Ezechiel zjada zwój

Z papieżem Franciszkiem jest inaczej, ale pod jednym względem podobnie: przyzwyczajeni do prorokowania i pouczania świata mamy problem, gdy nagle pojawia się prorok z wyzwaniem dla Kościoła i wezwaniem do jego nawrócenia. Prawda, że żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie, sprawdza się również na tej płaszczyźnie. Ale to tylko częściowe wytłumaczenie „problemu z prorokiem”. Bo wcale nie jest tak, że problem mają tylko ci, którzy nie rozumieją potrzeby własnego nawrócenia. Niekoniecznie rację ma ks. Tomáš Halík, który (również w „Znaku”) pisze: „tak jak Jezus szokował i gorszył faryzeuszy, podobnie dzisiejsi następcy apostoła Piotra szokują i wywołują oburzenie współczesnych faryzeuszy”. Reakcja na radykalizm Franciszka bywa nierzadko reakcją obronną przed naruszeniem status quo, kościelnego ciepełka, które może rozmijać się z Ewangelią. Bliższa jest mi jednak interpretacja „problemu z prorokiem”, którą zaproponował kiedyś ks. Wojciech Węgrzyniak. Znany biblista i rekolekcjonista zauważa, że „prorok to ktoś, kto przekazuje słowo od Boga i robi to często w sposób niekonwencjonalny. Jak Jeremiasz, który wkłada jarzmo na szyję albo głosi konieczność poddania się wrogom. Jak Ezechiel, który zjada zwój. Jak Amos, który mówi, że nie jest prorokiem. Czy jak Ozeasz, który poślubia prostytutkę. Najważniejsze jest to – pisze ks. Węgrzyniak – że proroka nie wolno odczytywać dosłownie. Zazwyczaj. Bo prorok to nie jest uczony w Prawie. Inaczej kompletnie miniemy się z przesłaniem od Boga”.

A zatem nie tylko jacyś faryzeusze („ci inni”), ale każdy z nas może mieć kłopot z odczytaniem gestów i słów papieża, jeśli nie przyjmie tej perspektywy: tak działa prorok, bywa, że szokuje i wzbudza zdumienie. „Wrogowie Jeremiasza mieli rację. Jednak tylko do czasu. Bo w zrozumieniu proroka konieczny jest czas. Kto chce zrozumieć za szybko, zrozumie zawsze źle. Problemem nie są prorocy, tylko nasza zdolność otwarcia na to, co jest kontrowersyjne. Dlatego, zamiast powtarzać: »Czemu papież tak mówi?«, lepiej zadać pytanie: »Co dobrego mogę wyciągnąć z tego, co on głosi«”, pisze ks. Węgrzyniak.

Imię Boga

Prorocki rys Franciszka przejawia się głównie w pięciu rzeczach: w podkreślaniu, że imieniem Boga jest Miłosierdzie (nie tylko przymiotem, ale właśnie imieniem), w przeniesieniu ubogich z peryferii do centrum życia Kościoła, w stosunku do uchodźców, w apelu do nawrócenia pastoralnego (które dotyczy nie tylko duchownych, ale wszystkich ochrzczonych) i wezwaniu do wyjścia nawróconego, ubogiego i misyjnego Kościoła na peryferie tego świata z Ewangelią.

Nic nowego, a jednocześnie wszystko nowe. Bo wprawdzie miłosierdzie Boże jest tematem centralnym w Kościele co najmniej od Jana Pawła II, jednak nacisk, z jakim Franciszek powtarza, że „Kościół nie jest na świecie po to, by potępiać, lecz by umożliwić spotkanie z tą przenikającą do głębi miłością, jaką jest Boże Miłosierdzie. Aby mogło się to zdarzyć, trzeba wyjść. Wyjść z kościołów i parafii, wyjść i pójść szukać ludzi tam, gdzie żyją, gdzie cierpią, gdzie mają nadzieję”, pokazuje, że jest to głos proroka. Konsekwencją jest m.in. adhortacja „Amoris laetitia”, która z jednej strony wywołuje kontrowersje i niezrozumienie w kwestii dyscypliny sakramentów, z drugiej jest podniesieniem poprzeczki, bo wymaga i od spowiedników, i od wiernych przejścia długiej drogi rozeznania konkretnej sytuacji. A wszystko w myśl zasady, że zbawienie człowieka jest wartością nadrzędną i trzeba zrobić wszystko, by pomóc ludziom usunąć wszystkie przeszkody, które utrudniają im dostęp do sakramentów miłosierdzia.

Podobnie jest z kwestią ubogich i Kościoła ubogiego – teoretycznie od św. Franciszka z Asyżu (nie mówiąc o samej Ewangelii) ten model życia chrześcijańskiego należy do kościelnego krwiobiegu, ale chyba nikt nie stanie odważnie i nie powie, że Kościół nie ma się z czego nawracać (i do czego wracać) w tym temacie. A upór, dla wielu irytujący, z jakim Franciszek mówi o ubóstwie, nie może nie być prorocki. Podobnie jest z kwestią uchodźców czy z przywiązaniem papieża do tematów związanych z ekologią.

Umyj nogi muzułmance

Nie wszystkie akcenty, jakie stawia papież w tych tematach, rozumiem. Nie bardzo też ufam komentatorom, którzy nie mają problemu z niektórymi wypowiedziami, mogącymi wywoływać zdumienie. Nie o taką czołobitność z pewnością chodzi Franciszkowi, który kwestię kolegialności, w którą wpisane są dyskusja i różnice zdań, traktuje jako jeden z priorytetów. Ale trudno zaufać też tym, którzy niemal w każdej wypowiedzi papieża widzą przejaw „liberalizacji” i „rozmiękczania” doktryny katolickiej oraz ulegania lewicowej poprawności politycznej.

Z pomocą przychodzi złoty środek w postaci perspektywy charakterystycznej dla proroka. W dobie szybkich i powierzchownych komentarzy łatwo ulec pokusie nazwania i oceny gestów oraz decyzji papieża natychmiast. Właściwie to dość naturalny odruch. Ale może tym bardziej potrzebujemy wysiłku, by zaufać, że to, co dziś wydaje się niezrozumiałe, okaże się prorockie w perspektywie 50 czy 100 lat. Dlaczego papież umył nogi muzułmance podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek? Pokazówka pod publiczkę? A może gest prorocki, którego sens zrozumieją przyszłe pokolenia, które będą żyły w europejskim kalifacie, w którym rządzący islamiści ocalą tylko katolików, bo przypomną sobie o geście papieża Franciszka? (usłyszałem to od mądrego człowieka na jednych z rekolekcji). Brzmi absurdalnie? Tak samo jak gest proroka Jeremiasza, który wzywał do poddania się wrogom.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja