Wielkie przytulanie

Ze wszystkich stron pędzą w naszym kierunku dzieci, a każde z nich chce się do nas przytulić. Eksplozja latynoskiego temperamentu czy raczej niezaspokojona potrzeba czułości?

Reklama

Punkt szósta rano siostra Lenka odpala busika i rozpoczyna objazd po zielonej górzystej krainie, poprzecinanej tektonicznymi rowami. Zza wzgórz wyłania się ośnieżony szczyt Cotopaxi – jednego z najwyższych wulkanów świata. Co chwila przystajemy, zabierając po drodze kolejne dzieci. – Buenos días, hermanita! Dzień dobry, siostrzyczko! – słyszymy za każdym razem, gdy otwierają się drzwi i do auta wsiada kolejny szkrab. Busik stopniowo wypełnia się, a zza siedzeń wystaje coraz więcej czarnych czuprynek, spod których oczy jak węgliki obserwują nas z zaciekawieniem. Dosiada się siostra Sandra z gitarą i uwaga dzieciaków przenosi się na nią. Rozbrzmiewają wesołe śpiewy o roztańczonym małym misjonarzu i modlitwa „Ojcze nasz” w języku quichua. Nim dotrzemy do San Francisco de Oya­coto, busik zatrzyma się jeszcze przy piekarni, a siostra przyniesie koszyk pełen świeżych bułeczek, które rozda każdemu z maluchów, by nie były głodne.

Chata w płomieniach
Nie przypuszczaliśmy, że nasze pojawienie się na szkolnym podwórku wywoła aż takie poruszenie. Ze wszystkich stron pędzą w naszym kierunku dzieci, w większości indiańskie, a każde z nich chce się do nas przytulić. Ich spontaniczność musi wprawiać w lekkie zakłopotanie zdystansowanych Europejczyków. Nie wiemy do końca, czy mamy do czynienia z eksplozją latynoskiego temperamentu, czy może z niezaspokojoną potrzebą czułości tkwiącą w tych maluchach, pochodzących często z niepełnych rodzin. Ale ich ufność wzrusza nas, bo przecież niczym jeszcze nie zasłużyliśmy sobie na takie powitanie.

Do przedszkola i szkoły podstawowej prowadzonych przez siostry ze zgromadzenia Cristo Misionero Orante uczęszcza w sumie 160 dzieci. Nie jest łatwo zapanować nad takim żywiołem. Siostra Rosa zawsze jednak umie wyłowić z gwaru płacz dziecka. Może dlatego, że jej dzieciństwo naznaczone było wieloma traumami: rodzinną przemocą, alkoholizmem i samobójstwem ojca, śmiercią rodzeństwa. – Przeżywałam bunt przeciwko Bogu, że pozwolił na tak straszne rzeczy w moim życiu – opowiada. – I wtedy przyśnił mi się sen. Zobaczyłam w nim Jezusa. Nie widziałam Jego twarzy, tylko postać, całą ubraną na biało. Siedziałam na potężnym pniu drzewa, obok znajdowała się chata kryta słomą. Jezus spytał mnie: „Co robisz ze swoim życiem? Czy chcesz spędzić je w tej płonącej chacie – tu wskazał na chatę, teraz całą w płomieniach – czy chcesz pójść za Mną?”. Siedziałam i nie wiedziałam, co zrobić. Wtedy Jezus wstał i zaczął się oddalać, a ja podjęłam decyzję, by pójść za Nim.

Do siostry podchodzi malutka Michel, przytula się i mówi: „Mamo!”. Biologiczna matka dziewczynki zostawiła ją wraz z dwójką rodzeństwa pod opieką sióstr, a sama poszła w świat, by zarobić na spłatę kredytu. – Są rzeczy, z którymi sobie nie radzę. Gdy widzę nieszczęście dziecka, bardzo cierpię – wyznaje siostra Rosa.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama