Esemesy w keczua

O roztańczonych procesjach, nośnikach Dobrej Nowiny i wpływie klimatu na ewangelizację z o. Dariuszem Robertem Mazurkiem, franciszkaninem

Szymon Babuchowski: Mieszkańcy Ameryki Południowej przywiązują wielką wagę do zewnętrznych oznak religijności: procesji z figurami, pokropienia wodą, uczt urządzanych na cmentarzach. Ile w tym katolicyzmu, a ile dawnych wierzeń?

O. Dariusz Robert Mazurek: – Trzeba pamiętać, że Kolumb i Pizarro przybyli na kontynent, na którym ludzie mieli już swoje wierzenia i swoją religijność. Konkwistadorzy nie posługiwali się słowem „inkulturacja”, nie zabierali ze sobą ekipy misjologów, nie byli nastawieni na dialog. Kongregacja ds. Ewangelizacji Narodów powstała dużo później. W XVI wieku misje organizowali królowie, którym chodziło głównie o to, żeby dla Królestwa Hiszpanii i Portugalii zdobyć nowe ziemie. W tym celu używali siły. Czyli na dzień dobry mamy przemoc, niezrozumienie, brak prób poznania tamtejszej kultury. I nagle misjonarze trafiają w Andy, do Indian, którym góry zasłaniają świat. Takich ludzi bardzo trudno zmienić.

Dlaczego?

Jest tam zimniej, więc domy mają małe okienka. Panny ubierają się od stóp po szyję, szczelnie zakrywają swoje piękno. Ludzie są małomówni, przyglądają ci się bacznie. Potrzebujesz lat, żeby zdobyć ich sympatię. Więc jeżeli oni mają już swoją religię, to możesz im mówić o Panu Bogu, krzyżu, a oni tego łatwo nie przyjmą. Owszem, robili to pod wpływem siły, ale często pod powłoką chrześcijaństwa zostały ich rodzime wierzenia. I doszło do zjawiska synkretyzmu – z upływem lat te dwie rzeczywistości, religia autochtoniczna i ta, którą przywieźli misjonarze, zaczęły się przenikać i wzajemnie na siebie oddziaływać.

W dżungli było inaczej?

Tak! Tam, gdzie domy są na palach i nie mają ścian, gdzie Indianie ubierają się bardziej skąpo – ludzie z reguły są bardziej otwarci. Tam chrześcijaństwo udało się narzucić prawie w takiej wersji, jaką zaproponowano. Mówię tu o Peru i Boliwii – krajach, w których mieszkałem. Okazuje się, że warunki geograficzne miały wpływ na przyjęcie Ewangelii. Bo geografia kształtowała charaktery mieszkańców.

To jak misjonarze sobie z tym radzili?

Zapoznawali się z kulturą, wierzeniami, tworzyli słowniki. Stawiali krzyże na szczytach gór – tam, gdzie wcześniej Indianie czcili swoje bóstwa, których celem było ochranianie wioski, pól, zwierząt. Ale wtedy krzyż stawał się bardziej „piorunochronem” niż symbolem zbawienia i życia nadprzyrodzonego w duszy. Miał chronić i pomnażać życie fizyczne. Podam przykład: w okolicach Cochabamby w Boliwii jest sanktuarium Świętego Krzyża. Przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego pali się suche krowie odchody, a popiół rozsypuje się potem w miejscach, gdzie zwierzęta się rozmnażają albo gdzie są uprawy. Co więcej, dochodzi do aktów prokreacji w okolicach sanktuarium. A wszystko po to, żeby Chrystus pomnożył życie fizyczne. Kobiety, które nie chcą już mieć dzieci, kupują laleczkę i niosą ją do Chrystusa, mówiąc: zamknij moje łono. Ale obok stoją inne kobiety, które nie mogą mieć dzieci, i czekają, żeby taką laleczkę zabrać i pójść do księdza, by ją pobłogosławił. Bo liczą na to, że zapewni im płodność.

Czy to po prostu symbol, czy już bałwochwalstwo?

Trzeba by spytać, ilu ludzi z tych tłumów idzie do spowiedzi, do Komunii; dla ilu osób Chrystus stał się symbolem życia nadprzyrodzonego. Oczywiście, że są tacy, którzy się wyspowiadają i przyjmą Pana Jezusa w sercu, ale będą oni raczej w mniejszości. I teraz misjonarz musi sobie odpowiedzieć na kolejne pytanie: czy być rygorystą i nie zajmować się tymi pozostałymi, czy też może wykorzystać okazję, że są w kościele?

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja