Taki jest świat

Krzysztof Błażyca

GN 30/2015 |

publikacja 23.07.2015 00:15

O islamistach z Al Szabab mordujących chrześcijan, handlu ludźmi i błogosławionej Nyina wa tha z arcybiskupem Mombasy Martinem Kivuvą Musonde

Taki jest świat Krzysztof Błażyca /foto gość

Krzysztof Błażyca: Mombasa to najstarsze, popularne wśród turystów miasto Kenii. Od czasu ataków terrorystycznych sytuacja jednak stała się napięta.

Abp Martin Kivuva Musode: Od 25 lutego tego roku jestem arcybiskupem Mombasy, która była moim pierwszym domem jako księdza. To kosmopolityczne miasto, z historią sięgającą XVII wieku. Przybywali tu Persowie, Arabowie, Hindusi, Portugalczycy, Brytyjczycy. Kiedyś część miasta należała do sułtana Zanzibaru. Obecnie większość mieszkańców Mombasy to muzułmanie. Cieszę się, że jestem tu z powrotem, choć dziś miasto jest dużym wyzwaniem. Zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa. Ale problem bezpieczeństwa dotyka nie tylko wybrzeża, lecz wielu rejonów Kenii. Na północy od lat trwa konflikt pomiędzy ludami Pokot i Turkana. To walki o bydło, w których giną ludzie. A ostatnio mierzymy się z nowym problemem wskutek działań grup radykalnych, określających siebie jako Al Szabab. To trudny czas dla Kenii.

Wciąż świeża jest pamięć o masakrze, do której doszło w kwietniu w kampusie uniwersyteckim w Garissie, na północy kraju...

To wielka tragedia. Ataki Al Szabab narastają od czasu zamachu na centrum handlowe Westgate w Nairobi 21 września 2013 roku. Wtedy zginęło 67 osób, a ponad 200 zostało rannych. Ból tamtego dnia trwa w ludziach do dziś. W Garissie ludzie Al Szabab zamordowali 147 studentów, którzy zebrali się 2 kwietnia, w Wielki Czwartek, na porannych modlitwach. Zamachów było w Kenii znacznie więcej, na wybrzeżu – w Malindi, w miejscowości Mandera. Celem są nie tylko katolicy, również protestanci. Dochodziło do zabójstw pastorów. Dziś ludzie żyją w strachu. Rodzice boją się puszczać dzieci same do szkoły w obawie przed porwaniami ich przez członków grup radykalnych. Sytuacja zagrożenia odbija się na codziennym życiu ludzi i pracy. Widoczne to jest zwłaszcza w sektorze turystycznym.

Czy w Kenii mamy do czynienia z konfliktem religijnym?

Ani w Kenii, ani w Mombasie nie mamy konfliktu religijnego pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami. Zarówno to miasto, jak i kraj mają długą tradycję koegzystencji obu religii. W wielkie święta, jak zakończenie ramadanu, muzułmanie zapraszają swoich sąsiadów chrześcijan, by dzielić z nimi posiłek, a ci z kolei zapraszają ich na Boże Narodzenie. I ludzie życzą sobie dobrze. Przez wiele lat nie było też żadnych napięć. Oczywiście w historii Mombasy pojawiały się momenty, gdy muzułmanie i chrześcijanie zabijali się nawzajem, a Fort Jesus jest świadkiem tych wydarzeń.

Jednak dziś problemem nie jest religia, ale radykalizm. I gdy rozmawiamy ze wspólnotą muzułmańską, to oni zwracają uwagę – i ja też to muszę podkreślić – aby czynić rozróżnienie między „umiarkowanymi” muzułmanami, którzy dopasowują się do społeczeństwa, a grupami ekstremistów, działającymi w większości na islamskich terenach. W rejonie Makuba było np. kilka meczetów, gdzie radykalni imamowie głosili kazania. I niestety są grupy młodych, którzy zostają oderwani od własnych meczetów i są werbowani przez dżihadystów.

Al Szabab zabija wyłącznie chrześcijan. To nie problem religijny?

To problem radykalizmu, który w dzisiejszym świecie ma wymiar globalny. Weźmy ISIS (Państwo Islamskie), popatrzmy na Irak, Syrię, Libię, Afrykę Północną, Bractwo Muzułmańskie. Jest wiele ugrupowań legitymujących się religią. Ale trzeba postawić pytanie, czy to rzeczywiście jest religia, czy to są religijne wartości – zabijać innych, niszczyć czyjąś własność, poniżać i zarzynać ludzi jak kozły? Radykalizm to globalne wyzwanie, ciężar. To nie tylko problem Kenii. To problem Nigerii, Afryki Zachodniej. Świat Zachodu też się boi.

Pamiętamy ataki Al Kaidy – wrzesień 2011 r., zamach na ambasadę USA w Nairobi w 1998 roku. To się zaczęło dużo wcześniej. Wtedy myśleliśmy, że zagrożenie to tylko Husajn, Bin Laden. A teraz Husajna nie ma, Bin Ladena nie ma, a jest jeszcze gorzej. Więc o co tu chodzi? Dziś ta wojna toczy się na wielu poziomach. Mamy jeden świat, powiązany przez media społecznościowe, dziś ekstremiści werbują młodych przez internet. To jest nasz real world (rzeczywisty świat). A my gdzie jesteśmy? Nawet w Europie mamy dziś ludzi wstępujących do ISIS. A przecież to nie są biedne kraje.

Jakie były reakcje ludzi po masakrze w Garissie?

Samoobrona jest w ludzkiej naturze. Ludzie nawoływali, aby chwycić za broń, maczety i walczyć o życie. Były takie głosy. Oczywiście, choć nie można pozwolić, by zło dominowało, Kościół nigdy nie może opowiadać się za takimi środkami. Kościół angażuje się w przywracanie pokoju między ludźmi, głosząc potrzebę wzajemnego szacunku i miłości. Ale trzeba mobilizować odpowiednie służby, policję. Po wydarzeniach w Garissie było wielkie przebudzenie świadomości o konieczności działania razem.

Powstała tzw. karawana pokoju. Były marsze ludzi różnych religii, z różnych plemion. I wezwania do bycia razem, zgodnej koegzystencji. W Kenii mamy zgromadzenie duchownych różnych religii, jednoczące katolików, protestantów, muzułmanów i przedstawicieli religii tradycyjnych. Po Garissie opublikowaliśmy stanowisko, jak młodzi powinni reagować na takie wydarzenia. Że mają promować pokój, nie chwytać za broń. Podoba mi się to, co powiedział Gandhi: że nóż przeciw nożowi uczyni cały świat ślepym, a ząb za ząb – uczyni nas bezzębnymi. A Churchill mówił: „To jaw-jaw is always better than to war-war” (lepiej rozmawiać niż walczyć). Dialog potrzebny jest na wszystkich poziomach. I to on może zmieniać mentalność.

Jak wobec zagrożenia ze strony terrorystów państwo stara się zapewnić obywatelom poczucie bezpieczeństwa?

Po zamachach rząd wydał zarządzenia dotyczące bezpieczeństwa w miejscach publicznych, kościołach, środkach komunikacji. Dziś gdziekolwiek się udasz, są straże, czujniki, do wielu miejsc nie możesz wejść bez kontroli. Choć to czasem utrudnia swobodne poruszanie się (trzeba np. pokazać zawartość bagażu przed wejściem do sklepu, hotelu, kina, restauracji czy autobusu), to jednak dobrze, że tak jest. Kenia potrzebuje pokoju, a rząd próbuje coś robić. Dwa dni temu ktoś zostawił bagaż przy katedrze w Kikambala. Policja zabezpieczyła i „wyczyściła” ulice, podejrzewając bombę. Nie było jej na szczęście, ale to pokazuje, jakie poczucie lęku jest w społeczeństwie, a jednocześnie wskazuje na zmysł samoobrony przed zagrożeniem. Lepiej być bezpiecznym, niż żałować.

Co sprzyja tendencjom radykalnym?

Bieda, brak wykształcenia i bezczynność. Ludzie ulegają ekstremistom, będąc wabieni pieniędzmi, perspektywą zmiany miejsca zamieszkania i lepszego życia. Alternatywą jest więc stwarzanie możliwości zatrudnienia, rozwój edukacji, podnoszenie kwalifikacji, aby ludzie mogli coś robić, zamiast siedzieć na ulicy, żebrać lub nagabywać turystów. Ważne, aby w szkołach kreować dyscyplinę i moralne wartości. Moralna formacja to jednak nie tylko zadanie Kościoła katolickiego. Przede wszystkim wierzę we współpracę z rządem i lokalnymi władzami, aby można było stwarzać możliwości pracy dla młodych. Weźmy na przykład sektor żywnościowy. Bezpieczeństwo żywnościowe w Kenii to też wyzwanie.

Nieraz widziałem wiele ciężarówek mąki przywożonej z Tanzanii. Pytam, dlaczego tak wiele sprowadzamy, skoro mamy wystarczające możliwości jako kraj. Potrzebujemy jedynie zaangażować ekspertów od rolnictwa. Obecnie rząd podał, że 40 proc. budżetu pochodzi z przychodów wypracowanych przez kraj. A ja pytam, dlaczego nie więcej? Ale cóż, należymy do globalnego świata. Znajdziesz więc jajka z RPA, a grzyby z Mozambiku i wiele rzeczy, które moglibyśmy produkować lokalnie, dając tym samym ludziom pracę. Ale my staliśmy się konsumentami, choć powinniśmy być krajem produkcji.

Za biedą i bezrobociem, oprócz ekstremizmu pożywiającego się religią, idzie – niestety obecny w Kenii – problem współczesnej formy handlu ludźmi...

Problem handlu ludźmi był mi już bliski, gdy byłem biskupem w Machakos. Tam wespół z organizacją HAART, założoną przez waszego rodaka Radosława Malinowskiego [red: reportaż o HAART w: GN 6/2014 „Zbezczeszczone” lub na stronie http://gosc.pl/doc/1865634.Zbezczeszczone], prowadziliśmy w parafiach szkolenia o tym zjawisku. Miały one na celu uwrażliwić ludzi na niebezpieczeństwo werbunku przez grupy przestępcze. W Europie i krajach arabskich szukają taniej siły roboczej.

A tu ludzie nie mają nadziei. I stają się ofiarami. To jest żerowanie na podstawowej potrzebie przetrwania. Ludzie sprzedadzą wszystko, wierząc w lepsze życie. A potem wracają w trumnach. Do tego dochodzą prostytucja, porwania. Na wybrzeżu jest problem seks- turystyki. Podłoże tego problemu jest takie samo jak to, które sprzyja tendencjom radykalnym: ubóstwo, brak pracy. To ten sam problem co migrantów na Morzu Śródziemnym. Dlaczego ludzie uciekają na koniec świata? Bo myślą: „Chcę lepiej dla siebie i mych dzieci.

A to miejsce, w którym jestem teraz, nie jest dobre”. Uchodźcy... Kenia również ma dwa wielkie obozy uchodźców: Daadab w rejonie Garissa, i Kakuma w północno-zachodniej części kraju, w rejonie Turkana. Tysiące ludzi mieszkają tam od dawna. W Daadab to w większości Somalijczycy. W Kakuma oprócz Somalijczyków to uchodźcy z Sudanu i Etiopii.

Może nową inspiracją do wysiłków pomocowych będzie postać beatyfikowanej w maju pierwszej błogosławionej Kenii – siostry Irene Stefani. Czym to wydarzenie jest dla kraju?

Uroczystość beatyfikacyjna siostry Irene, która miała miejsce w Nyeri, to był dla nas w Kenii wielki moment. Po pierwsze, bo miało to miejsce w Afryce. Po drugie, bo była to kobieta, a nie mężczyzna, co ma szczególne znaczenie w naszej afrykańskiej kulturze, gdzie wielcy bohaterowie to zawsze mężczyźni, „macho-men”. A tu kobieta zostaje ukazana jako przynosząca ludziom światło i naprawdę zmieniająca ich życie, pomagająca chorym i poszkodowanym w czasie wojny. Taka była siostra Irene ze zgromadzenia Consolata (Misjonarki Matki Bożej Pocieszenia)...

Ludzie nazywają ją tu Nyina wa tha, co w języku kikuyu znaczy Matka Miłosierdza. Była częścią procesu uzdrawiania kraju. No i w toku jest wciąż proces kard. Maurice’a Otungi [red.: reportaż o kard. Otundze w GN 31/2013 „Wszyscy ludzie księcia Bakhone” lub na stronie: http://gosc.pl/doc/1646098.Wszyscy-ludzie-ksiecia-Bakhone]. Pierwsza faza procesu beatyfikacyjnego jest już zamknięta. Patrzymy z nadzieją w przyszłość. Ten człowiek to sól naszej ziemi. Z sercem dla ubogich, który bronił słabych, z naciskiem na życie nienarodzonych.•