Ostatni dzwon na Wawel

Przemysław Kucharczak

GN 16/2014 |

publikacja 17.04.2014 00:15

Przez pół tysiąca lat to wolne miejsce na dzwon czekało puste. Miejsce najlepsze: na samym szczycie Wieży Srebrnych Dzwonów na Wawelu. Dlaczego krakowscy kanonicy nie zapełnili go wcześniej?

Narodziny dzwonu  w ludwisarni w Przemyślu Roman Koszowski Narodziny dzwonu w ludwisarni w Przemyślu

To jedna z tych opowieści, w których słuchających zaczyna nurtować pytanie, czy nie zostało to zaplanowane z góry. Albo raczej z Góry. Przed prawie pół tysiącem lat, w 1530 roku, budowniczowie podwyższyli Wieżę Srebrnych Dzwonów na Wawelu. Właśnie tę, pod którą teraz jest pochowany Józef Piłsudski i w której przedsionku są groby Lecha i Marii Kaczyńskich. Na czworokątnej dotąd wieży mularze wznieśli ośmioboczną nadbudowę. W ścianach wybili osiem smukłych okien, żeby głos dzwonu, który zostanie tu zawieszony, niósł się na wszystkie strony, daleko ponad miastem. Ten wysiłek budowniczych byłby zrozumiały, gdyby jakiś dzwon do tego specjalnie przygotowanego pomieszczenia wkrótce trafił. Ale nie stało się to ani w XVI wieku, ani w XVII, ani w następnych. Minęło aż 486 lat. – To ostatnie miejsce, w którym na Wawelu można powiesić dzwon, w dodatku najbardziej ekskluzywne, na najwyższym poziomie Wieży Srebrnych Dzwonów. Czekano więc na wyjątkową okazję – uważa Andrzej Bochniak, starszy dzwonnik i główny mechanik Dzwonu Zygmunta. Grzegorz Klyszcz, szef górnośląskiej firmy Rduch, która dla kościołów na całym świecie wykonuje zawieszenia i napędy dzwonów, dodaje: – Kolejne składy krakowskiej kapituły katedralnej czekały, aż pojawi się takie wydarzenie w historii Polski, które będzie godne upamiętnienia przez zawieszenie ostatniego dzwonu na Wawelu. Na chwilę, kiedy pojawi się odpowiedni patron. Właśnie się pojawił.

Nic, tylko wieszać

Rok po śmierci Jana Pawła II Andrzej Bochniak robił przegląd Wieży Srebrnych Dzwonów. To wtedy zauważył, że na jej szczycie jest miejsce na ostatni wawelski dzwon. – Tam jest nie tylko puste miejsce, ale nawet solidne dębowe belki są tak poprowadzone, że nic, tylko zawieszać dzwon! – mówi. Wiedza o tym, co poprzednie pokolenia przygotowały na szczycie tej wieży, na początku XXI wieku była zapomniana. Pan Andrzej wpadł na to właśnie w 2006 r. I oczywiście poszedł z tym do proboszcza katedry.

O pustej komorze, która od prawie pięciu wieków czeka na ostatni dzwon dla Wawelu, wkrótce został poinformowany kard. Stanisław Dziwisz. I podjął decyzję: robimy dzwon poświęcony Janowi Pawłowi II. Łatwo powiedzieć, trudniej przekonać konserwatorów zabytków. Nie są to ludzie skorzy do zgadzania się na dokonywanie zmian w tym najważniejszym dla historii Polski miejscu. To zresztą postawa zrozumiała. Parafia katedralna uzupełniała swój wniosek, zlecała kolejne szczegółowe ekspertyzy. I... udało się! Przy okazji fachowcy odnowili wieżę i w 2009 r. uruchomili na niej pozostałe, zabytkowe dzwony: „Zbyszka”, „Hermana” i „Maćka”. Przedtem przez wiele lat były nieme, bo brakowało im elektrycznego napędu. Teraz znów grają, i to bardzo pięknie. Nowy dzwon „Jan Paweł II” zadźwięczy na Wawelu z okazji kanonizacji polskiego papieża. Nic większego w historii Polski już pewnie się nie zdarzy. To właśnie ten moment, na który czekano w Krakowie przez pokolenia. 4 kwietnia byliśmy w Przemyślu przy narodzinach tego dzwonu.

Technologia mokrego patyka

– Jaką macie w piecu temperaturę? – dopytujemy w przemyskiej ludwisarni. – Jakieś 1400–1500 stopni. Ale materiał wypłynie z niego w temperaturze 1200–1300 stopni – zdradza Piotr Olszewski, prawnuk założyciela ludwisarni Jana Felczyńskiego. U naszych stóp obok pieca połyskują sztabki cyny. A gdzie miedź? Już w piecu rozgrzanym przez koks przywożony z Częstochowy. Odkąd temperatura przekroczyła w nim 1148 stopni, miedź się tam roztapia. Teraz można więc już dodać cynę. Ludwisarze otwierają drzwiczki i wrzucają wprost w ogień ciężkie cynowe sztaby. – Kiedyś do tego stopu dodawano też cynk, który jest znacznie tańszy od cyny. Powstawały wtedy dzwony spiżowe, czyli z miedzi, cyny i cynku – tłumaczy dr hab. Stefan Gierlotka, autor książki „Dzwony. Historia, technika ich wykonywania i napędy”. Wraz z dziennikarzami przypatruje się narodzinom tego dzwonu. – Dopiero w XX w. doświadczalnie stwierdzono, że dzwony bez dodatku cynku mają piękniejsze brzmienie. Dzisiejsze dzwony zazwyczaj więc już nie są ze spiżu, ale z brązu, czyli stopu tylko miedzi i cyny – dodaje. – Widzicie, jak cyna się roztapia? Kropelka po kropelce – wskazuje tymczasem Waldemar Olszewski, szef ludwisarni. Można podejść do otworu w piecu i wlepić oczy w płomienie. Gorąco uderza w twarz. Z początku widać tylko rozgrzany koks. Po chwili jednak rzeczywiście można wyłowić wzrokiem już nie tylko krople, ale całe strużki świetlistego płynu. Ciekną ciurkiem po bryłach koksu na dno pieca. Co teraz? Mieszanie w piecu roztopionej cyny z miedzią. Jak w zupie. Ludwisarze używają do tego żelaznych drągów i… mokrych patyków. Wtykają je w ogień i mieszają. – Przez mokry patyk wyczuwamy, że stop już się gotuje. To powszechnie stosowany sposób, nowocześniejszych nie ma – zdradza Waldemar Olszewski. Kiedy ludwisarze idą do innej pracy, wścibski dziennikarz „Gościa” też dotyka wetkniętego w płomienie patyka. Rzeczywiście, przekazuje drgania wrzącego na dnie pieca stopu.

Złoto w dzwonie

Tymczasem w pracowni ludwisarskiej zaczyna się... nabożeństwo. Fachowcy, zaproszeni goście, a nawet dziennikarze odmawiają razem modlitwę. Proboszcz katedry wawelskiej mówi: – 23 dni przed kanonizacją Jana Pawła II, w tej właśnie chwili narodzi się dzwon. Będzie przypominał o życiu i świętości Karola Wojtyły. Zostanie zawieszony w katedrze na Wawelu, świątyni, która ma historię ponadtysiącletnią – stwierdza. W następnej chwili szef ludwisarni Waldemar Olszewski otwiera wlot do formy dzwonu, która jest zakopana obok pieca. Przygotowuje też do otwarcia otwór u dołu pieca. – To w imię Boga – mówi krótko. Jedno uderzenie młota i rynienkę prowadzącą do formy wypełnia rozgrzany, płynny stop, żółto-czerwony jak lawa. Ks. Zdzisław Sochacki wrzuca do niej lśniący medal, wybity z okazji 50-lecia kapłaństwa Karola Wojtyły. To 60 gramów czystego złota wysokiej próby. W jednej chwili przedstawiony na tym medalu Dobry Pasterz z barankiem razem z wyrzeźbioną bazyliką św. Piotra na Watykanie i katedrą na Wawelu rozpływają się w rwącym strumieniu stopionej miedzi z cyną. A potem wraz z tym strumieniem wlewają się do formy. Ten medal ojca świętego do  4 kwietnia br. był osobistą pamiątką kard. Dziwisza. Teraz jest domieszką w ostatnim dzwonie dla Wawelu. To symbol, który ma przypominać o patronie tego dzwonu. – Te narodziny dzwonu były jak narodziny człowieka... Powstaje utkany we wnętrzu ziemi. A ta gorąca lawa, która wypełniła tę formę, jest symbolem Ducha Świętego – mówi z zachwytem Michał Klepacki, dzwonnik średniowiecznego dzwonu Tuba Dei w Toruniu i organomistrz. Tłumaczy, że zanieczyszczenia, tlenki wypłynęły ze stopu na zewnątrz, a w formę wlało się to, co czyste. Czyli podobnie jak w działaniu Ducha Świętego, który oczyszcza i daje nowe życie. – Pierwszy dźwięk dzwonu będzie jak głos narodzonego dziecka. Dzwon będzie towarzyszył naszemu życiu i łączył pokolenia. Kiedy słyszę w Toruniu dźwięk Tuba Dei, myślę: „Mój Boże, Mikołaj Kopernik też go słyszał”. Dzwon także się starzeje, a czasem po 300, 400 latach również pęka. Ale przez swoją służbę mówi: „Cały byłem stworzony na chwałę Pana Boga”– dodaje. Michał Klepacki był jednym z konsultantów przy wyborze dzwonu na Wawel.

Przeszyj nam sumienia

– Od Wielkiej Środy przez mniej więcej miesiąc dzwon można oglądać na placu przed głównym wejściem do katedry, przy pomniku Jana Pawła II – mówi ks. prałat Zdzisław Sochacki, proboszcz katedry wawelskiej. Zdradza też, jak później dzwon zostanie zawieszony na wieży. – Rozbierzemy dach i spuścimy go na jego miejsce – zapowiada. – Już niedługo ten dzwon będzie głosił z góry przesłanie Jana Pawła II: „Nie lękajcie się!” i „W górę serca!” – cieszy się Andrzej Bochniak. Te słowa są zapisane po łacinie na płaszczu dzwonu. Słowom „Nolite timere”, czyli „Nie lękajcie się”, towarzyszy herb Jana Pawła II. – Zachowujemy też tradycję, zgodnie z którą po drugiej stronie zamieszcza się herb biskupa, który aktualnie prowadzi nas do Boga. To herb kard. Dziwisza i jego biskupie zawołanie: „Sursum corda”, czyli „W górę serca” – mówi ks. Zdzisław Sochacki. Kości Jana Pawła II nie mogły spocząć między polskimi królami. Więc dzwon „Jan Paweł II” będzie wyśpiewywał z wieży katedry na Wawelu ku niebu i ziemi chwałę Pana Boga. Będzie dzwonił każdego dnia tylko jeden raz: w samo południe. – To dlatego, że ojciec święty często upominał się o modlitwę „Anioł Pański” – wyjaśnia ks. Sochacki. Ten dzwon waży pół tony, ma wysokość 93 cm, jego ton uderzeniowy to a’. – To właśnie ten ton, który mają kamertony. Od niego stroi się instrumenty, on jest wzorcem – mówi Grzegorz Klyszcz, który dorobił dla dzwonu zawieszenie i automatykę. – Poza tym rytm dzwonienia tego dzwonu w tempie 60 uderzeń na minutę jest najbardziej zbliżony do uderzeń serca ludzkiego. Właśnie dlatego taki dzwon jest uznawany za najbardziej dla człowieka przyjazny – uważa. Podobnego zdania jest Michał Klepacki. – Częstotliwość dzwonu „Jan Paweł II” [440 hz – przyp. autora] wstrzeliwuje się  mniej więcej w spektrum dźwiękowe mowy ludzkiej. Dlatego ten dźwięk jest nam bliski. Małe dzwonki są często drażniące, a wielkie czasami przytłaczają potęgą swojego brzmienia. Myślę, że Bóg przemawia do nas przez ten dzwon głosem Boga-Człowieka. Chce wejść we współpracę z człowiekiem – mówi. – Dzwon tej wielkości jest dźwięczny i doskonale przeszywa zgiełk, hałas codzienności. Dotyka ludzkich serc i sumień z delikatnością, bez nachalności – przekonuje.