Wysyłał nas na ulice

Beata Zajączkowska

GN 12/2013 |

publikacja 21.03.2013 00:15

O papieżu Franciszku z jego uczniem i przyjacielem Ks. Hugo Gulliermo Ortizem SJ, kierownikiem sekcji hiszpańskojęzycznej Radia Watykańskiego.

Wysyłał nas na ulice Beata Zajączkowska

Beata Zajączkowska: Rozmawiał już Ojciec z papieżem Franciszkiem?

Ks. Hugo Gulliermo Ortiz: – Tuż przed konklawe prosił mnie o modlitwę. A kiedy spotkaliśmy się na audiencji dla dziennikarzy, serdecznie mnie przytulił i do stojącego obok arcybiskupa odpowiedzialnego za media w Watykanie powiedział: „To jest mój wychowanek! To ja przyjmowałem go do Towarzystwa Jezusowego”. Byłem bardzo dumny i wzruszony. Życzyłem papieżowi, by Bóg go błogosławił, bo o tę modlitwę nieustannie prosi. Przekazałem rysunek od siedmioletniej dziewczynki argentyńskiej, która znała go jako ojca Jorge, a teraz przygotowała dla niego specjalny obrazek. Bardzo się ucieszył. Wzruszył mnie, gdy wziął do ręki paczkę obrazków z naszym sługą Bożym José Gabrielem del Rosario Brochero, które mu przyniosłem. Ma on być we wrześniu ogłoszony błogosławionym. Dałem mu sto tych obrazków, by miał co rozdawać w czasie spotkań. Do Rzymu ze sobą niczego nie wziął. Myślał, że zaraz wróci do Argentyny. Papież, wskazując na obrazki, zaczął tłumaczyć stojącym obok ks. Lombardiemu i abp. Cellemu, że ten ksiądz nazywany jest argentyńskim proboszczem z Ars.

Skromność i spontaniczność Franciszka podbijają nasze serca od początku. A Ojciec czego się od niego nauczył?

– U jego boku uczyłem się, co to znaczy być kapłanem. Do naszego jezuickiego kolegium, którego był rektorem, przylegały ubogie robotnicze dzielnice i slumsy, gdzie żyli ludzie pozbawieni wszystkiego. Wstąpiłem do zakonu w 1979 r. i od samego początku formacji posyłał nas na ulice. Nie było mowy o tym, by tylko się uczyć czy bezczynnie siedzieć w kolegium. Trzeba było iść do ludzi, głosić Ewangelię, ale też zwyczajnie być przy nich, wysłuchać, wesprzeć. Czuwaliśmy przy chorych, wyszukiwaliśmy dzieci ulicy, by uczyć je katechizmu. Chodziliśmy od drzwi do drzwi, opowiadając o mocy Ewangelii, wszędzie ze sobą nosiliśmy obrazki Matki Bożej i Najświętszego Serca Jezusowego. On chodził z nami. Troska o człowieka, potrzeba głoszenia miłosierdzia przez konkret to jest najważniejsza rzecz, której mnie nauczył. On nam pokazywał, że drugi człowiek jest zawsze najważniejszy.

Zaskakuje bardzo tą swoją bezpośredniością…

– Od zawsze starał się znosić wszelkie niepotrzebne bariery. Do Rzymu przyjechał sam, bez sekretarza. Nigdy nie mówiliśmy do niego „ekscelencjo” czy „eminencjo”, tylko zawsze: „ojcze Jorge”. Sam nosił zawsze swą walizkę, a gdy musiał iść gdzieś w oficjalnym kardynalskim stroju, nakładał na niego prosty płaszcz, by ten strój nie stwarzał barier. Tym bardziej że chodził pieszo lub jeździł metrem albo autobusem. Tak samo było tu, w Rzymie. Wiele razy zdarzało się, że ktoś odkładał słuchawkę, bo nie chciał uwierzyć, że to on osobiście dzwoni. Po wyborze zadzwonił z Domu św. Marty, gdzie mieszka, na portiernię w kurii jezuitów i poprosił o połączenie z ojcem generałem. Chciał podziękować za życzenia. Portier, który odebrał telefon, nie chciał uwierzyć, że w słuchawce słyszy papieża Franciszka (śmiech).

Mówi się, że jest bardzo wymagający…

– To prawda, ale przełożony musi wymagać. Jest jednak człowiekiem bardzo sprawiedliwym. Ma też niezwykły dar dalekowzrocznego spojrzenia, takiego rozeznania, by podejmować słuszne decyzje. Doskonale kieruje ludźmi. Jego skromność przysłania czasem jego niezwykłą inteligencję i naprawdę nieprzeciętną wiedzę – np. zna pięć języków. A jego wymagania widać choćby w trosce o rodzinę, która zawsze była dla niego najważniejsza. Zachęcał swych księży, by wspierali rodziny, by szczególnie dbali o te, które znajdują się w trudnej sytuacji. Mówił, że nigdy nikomu nie można zamykać drzwi przed nosem, że każdemu trzeba dać szansę. Uwrażliwiał nas na potrzeby matek samotnie wychowujących dzieci i na to, by sakramentów, np. chrztu, udzielać nie tylko „dobrym katolikom”, ale by przez nie zbliżać ludzi do Kościoła. I właśnie z tej troski o rodzinę wypływała jego zachęta do księży archidiecezji Buenos Aires, by chrzcili też dzieci ze związków niesakramentalnych.

Zaraz po swym wyborze papież zaskoczył cały świat, pochylając głowę i prosząc wiernych o modlitwę. Ta prośba o modlitwę powraca jak refren…

– To jest człowiek niezwykłego formatu duchowego, człowiek czerpiący siłę do życia z modlitwy. Wstaje o 4 rano i dzień zaczyna od modlitwy. Myślę, że tę głębię będziemy odkrywać w kolejnych tygodniach pontyfikatu – głębię modlitwy, która naprawdę przemienia życie. To człowiek maryjny. Ja odmawiam jedną część Różańca dziennie, a on cały Różaniec! Na jego duchowości mocno odbija się też formacja jezuicka, żyje tym, czego nauczał św. Ignacy. To jest element integrujący jego osobowość i duchowość.

„Bardzo bym chciał Kościoła ubogiego i dla ubogich” – Franciszek zwierzył się z tego pragnienia kardynałom i dziennikarzom.

– Jego troska o ludzi najuboższych i odrzuconych wypływa z tego, jak on rozumie przesłanie Ewangelii. W Ameryce Łacińskiej Kościół ma dopiero 500 lat. Jest to Kościół bardzo ubogi materialnie, ale nie duchowo. W Starej Europie widzimy Kościół zamknięty w sobie, niechcący się otworzyć na innych. Wielu wydaje się, że jest centrum świata. Europa jest głęboko przekonana, że może pomóc innym, ale nie chce dostrzec, że także inni mogą jej pomóc wyjść z kryzysu. I jest to kryzys nie tylko ekonomiczny, ale wynikający z zapomnienia o wartościach i o drugim człowieku, który jest bratem. Nasz Kościół jest zupełnie inny. Myśli bardzo o braciach, o ubogich. Temat ubogich wciąż u nas wraca i nie przestaje być centralny dla życia Kościoła. I nie chodzi tu tylko o ubóstwo materialne, ale także moralne, duchowe. Jeśli nie mamy wiary, jeśli nie ma w nas wzajemnej miłości braterskiej, jesteśmy prawdziwymi nędzarzami. Stąd ta wielka troska ojca Jorge o ostatnich. Jesteśmy, jak powiedział, na końcu świata. To Kościół, który próbuje wyjść z zakrystii, iść na ulice – do tego dążył kard. Bergoglio jako przewodniczący argentyńskiego episkopatu. Wielu biskupów jest po prostu proboszczami. Bardzo ważne jest to połączenie zaangażowania społecznego z wymiarem sakramentalnym.

W pierwszą zagraniczną podróż – którą Franciszek otrzymał w spadku po Benedykcie XVI – uda się do Rio de Janeiro. Czy możemy się spodziewać, że przy okazji zechce odwiedzić Argentynę?

– Jakąś wskazówką może tu być to, co powiedział na początku, że jest biskupem Rzymu. Według mnie bardziej poświęci się trosce o swą diecezję. Na pewno zgotuje nam jeszcze wiele niespodzianek i nie będzie łatwo za nim nadążyć. Jako jezuita papież Franciszek znalazł się teraz w szczególnej roli. Pamiętam, jak przypominał nam o wielkim znaczeniu naszego czwartego ślubu, który dotyczy posłuszeństwa papieżowi w sprawach misji. Zawsze podkreślał rolę i znaczenie papieża w życiu Kościoła. Myślę, że właśnie dlatego przyjął wybór. W czasie kongregacji nakreślono profil przyszłego papieża i zadania przed nim stojące i pozwolono mu odkryć, że ten rysopis pasuje doskonale do niego. Gdyby nie był o tym przekonany, nie przyjąłby tego wyboru.

Ustąpienie Benedykta XVI przed ogłoszeniem Jana Pawła II świętym pozostawiło w nas pewien niedosyt. Czy zdaniem Ojca papież Franciszek szybko kanonizuje papieża Polaka?

– Jan Paweł II był dla niego wzorem zaangażowania apostolskiego. Człowiekiem misji. Pamiętam, że gdy papież Polak pierwszy raz przyjechał do Argentyny, kard. Bergoglio zachęcał, byśmy starali się być jak najbliżej niego, by się do niego uczyć, by patrzeć, jak pracuje. Wymyślił nawet żartobliwy zakład: ten z jezuitów, który dostanie się najbliżej papieża, miał otrzymać od niego nagrodę! Chodziło mu, by nas popchnąć ku papieżowi, i to poskutkowało (śmiech). Jestem przekonany, że szybko doprowadzi do końca proces kanonizacyjny Jana Pawła II.