Święci są wśród nas

Byliśmy na kanonizacji. Była radość i straszny ścisk. Przeżyliśmy.

Zaczyna się Msza św.

Litania do Wszystkich Świętych otwiera niebo. Dosłownie. Znów zaczyna kropić. Ale niegroźnie. Taki aperges zaledwie i nikt nawet parasola nie wyciąga. Potem wzruszająca Msza kanonizacyjna: dwóch papieży przy ołtarzu, dwóch papieży na ołtarzu. Taka historia się pewnie nie powtórzy. Na początku prośba jeszcze, by opuścić flagi i transparenty. Słuchają wszyscy - z wyjątkiem kilku chorążych polskich flag. A co, nas to nie dotyczy. Pan Bóg wie wszystko, a my wiemy wszystko lepiej! Dopiero stanowcze prośby stojących nieco z tyłu, z wyraźnym wykrzyknikiem na końcu, powodują chwilowe opuszczenie bandery.

Piękne śpiewy i dobre kazanie. Słyszałem kiedyś definicję dobrego kazania. Dobre kazanie ma mieć dobry początek i dobry koniec, a jedno musi być jak najbliżej drugiego. Tak mówi papież Franciszek. Po Mszy św. szybko wymieni uściski dłoni z VIP-ami, a potem przejedzie papamobile wzdłuż alejek placu i samej Via della Conciliazione. Nawet stojący najdalej nie będą narzekać, że byli w Rzymie, a nie zobaczyli papieża.

Stoimy na Mszy św. w progu Placu św. Piotra. Miejsce idealne. Ołtarz mamy dokładnie na wprost, na tej samej, co my, wysokości. I telebim po prawej stronie Placu. W percepcji przeszkadza jedynie senność i ból nóg. Przechodziłem Ekstremalne Drogi Krzyżowej, moim hobby są biegi i ultrabiegi górskie, plażowe oraz inne tego rodzaju wygłupy. Nigdy w życiu mnie tak nogi nie bolały, jak po przejściu tego kilometra w ścisku, w ciągu dziewięciu godzin.

Rozproszyliśmy się po drodze

W siedmioro dotarliśmy najbliżej Placu, trzymając się za ręce. Reszta była tuż za nami na Via della Concilliazione. Trzeba było jeszcze przebić się przez sąsiednie uliczki, wsiąść w nasze „32” i dotrzeć do autokaru. Krótka toaleta, lekki obiad z folii aluminiowej i w drogę. Trudno wyjeżdżało się z Rzymu na znów spływający rzęsistym deszczem koniec niedzieli. Przeoczyłem wyjazd. Umyłem się takim specjalnym żelem dla turystów i sportowców, zjadłem kanapkę, dwa jabłka i batonik z czekoladą. Usiadłem, by porozmawiać z kierowcami. Na chwilkę zamknąłem oczy. Ocknąłem się, kiedy pani Basia, jedna z organizatorek zaprawionej nutką szaleństwa wyprawy, oznajmiła podając mi mikrofon:
- A resztę, to już ksiądz państwu przekaże...
Powiedziałem coś o wdzięczności, o Aniele Stróżu na drogę powrotną i o Różańcu, który będzie później, jak trochę odpoczniemy. To później przyszło w Czechach, po kawie w barze jakiejś stacji benzynowej. I najdziwniejszy to był Różaniec, jaki przyszło mi prowadzić, bo jako rozważania kolejnych tajemnic potraktowaliśmy świadectwo osobistych przeżyć, którymi dzielili się pielgrzymi: Ula, która choruje na nogi - szła tuż obok przez całą Via della Conciliazione, Brygida modląca się za pacjentów szpitala onkologicznego, która mówi swoim podopiecznym, że wszystko będzie dobrze, choć ma świadomość, że mówi o tamtym, a nie tym świecie, i jeszcze jedna Ula: mąż obiecał jej po beatyfikacji, na którą nie pojechali, że na kanonizacji już na pewno będą.
- Jestem wdową, mąż umarł - mówi - ale czułam jego obecność, że jest ze mną, że patrzy na to wszystko z nieba.
- Zupełnie jak Jan Paweł II i Jan XXIII - pomyślałem sobie. - Święci są wśród nas.

Przeczytaj także komentarz: Solidarność umarła?

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama