Nie zabijaj, chyba że...

Polak katolik słyszy głos papieży Jana Pawła II i Benedykta XVI, którzy jednoznacznie potępili karę śmierci. Ale jako konserwatysta ze skłonnościami autorytarnymi woli argumenty braci Kaczyńskich i Zbigniewa Ziobry - jawnych zwolenników kary śmierci - napisał w Gazecie Wyborczej socjolog Sergiusz Kowalski.

Reklama

Mamy kolejne samotne weto Polski w Unii Europejskiej. Tym razem Polska zablokowała ustanowienie 10 października Europejskim Dniem przeciw Karze Śmierci. Wysunęła przy tym cztery argumenty - przypomina Kowalski.

Pierwszy - inicjatywa mija się z celem, bo w UE nie ma kary śmierci: "Skoro w Unii kara śmierci nie jest stosowana, to żadne dodatkowe świętowanie nie jest potrzebne". Choć przecież polskiemu ambasadorowi tłumaczono jak dziecku, że chodzi o wspólne działanie UE na rzecz zniesienia kary śmierci w krajach, które nadal ją stosują - m.in. w Chinach, Iranie, Arabii Saudyjskiej i USA.

Politycy i dyplomaci muszą mówić publicznie to, co im nakazano - np. że 2 plus 2 to 5. Dlatego nie współczuję Janowi Tombińskiemu reprezentującemu w Brukseli braci Kaczyńskich ani wiceministrowi sprawiedliwości Andrzejowi Dudzie, który przekazał Unii decyzję Warszawy.

Po drugie - IV RP nie spodobał się "pośpiech". Zażądała powołania unijnej "grupy roboczej". Słowo "pośpiech" sugeruje, że ktoś chciał obejść procedury, omamić Polskę prestidigitatorską zręcznością, znów rzucić przed Brukselą na kolana. Natomiast "grupa robocza" to pełna jawność, transparencja i demokracja. Był to kunktatorski wybieg, niemający przecież nikogo przekonać, lecz tylko spowolnić procedury - o czym świetnie wiedziały obie strony.

Trzecie uzasadnienie było równie charakterystyczne dla PiS. Polski ambasador powiedział, że ma instrukcje, czyli że Polska "nie zgadza się i już". Słyszeliśmy to już wcześniej w wykonaniu Lecha Kaczyńskiego, prezydenta Warszawy, który w 2004 r. - wyczerpawszy argumenty o nierównych trotuarach i innych zagrożeniach, na jakie narażają się demonstranci - zakazał Parady Równości ostatecznym: "Nie, bo nie".

Wreszcie czwarty i ostatni argument, mniej taktyczny, bardziej ideowy: nie zgodzimy się na Europejski Dzień przeciwko Karze Śmierci, lecz na Europejski Dzień w Obronie Życia - czyli przeciwko aborcji i eutanazji.

Zapytajmy - proponuje Kowalski - dlaczego najgorliwiej bronią kary śmierci obrońcy życia - politycy PiS i LPR, wspierani przez Radio Maryja i przez nacjonalistyczno-antysemicką prasę w rodzaju Naszego Dziennika i Naszej Polski (w której udzielają się raz po raz obecni ministrowie)?

„Jak można być za »całkowitą ochroną życia « i jednocześnie opowiadać się za karą śmierci?”, „Jak premier może przemawiać przed ołtarzem na Jasnej Górze i jednocześnie zapominać o piątym przykazaniu »Nie zabijaj«?”. „Dlaczego argument, że tylko Bóg daje życie i tylko Bóg może je odebrać, jest dobry w dyskusji o zakazie aborcji, ale jest zły w dyskusji o karze śmierci?” - pytają czytelnicy Gazety.

Śledząc debatę publiczną - wypowiedzi ministrów, publicystów, prawników, etyków i księży, a także sondaże, na które wszyscy chętnie się powołują - widzimy liczne niekonsekwencje i paradoksy. Wynika to stąd, że stosunek do kary śmierci - i aborcji - jest wyborem silnie obciążonym moralnie i emocjonalnie, a zarazem wypadkową odrębnych, krzyżujących się syndromów światopoglądowych. Pozorne niekonsekwencje - zwłaszcza wśród zwolenników kary śmierci - odzwierciedlają współobecność w ich duszach (indywidualnych i zbiorowych) sprzecznych potrzeb i motywacji.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Zobacz

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama