Czuwała nad nim Boża Opatrzność

O rekonwalescencji Jana Pawła II po zamachu na jego życie z  prof. Gabrielem Turowskim

Reklama

Miłosz Kluba: Kilka dni po zamachu na Jana Pawła II – 19 maja – został Pan włączony do zwołanej przez Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej międzynarodowej komisji, oceniającej przebieg leczenia papieża. Jak Pan do niej trafił?

Prof. Gabriel Turowski: Już wcześniej „zajmowaliśmy się” w Krakowie – razem z dr. Mieczysławem Wisłockim i prof. Wandą Półtawską – zdrowiem kard. Wojtyły. Na listę osób, które nadal mogą się opiekować Ojcem Świętym, zostaliśmy natomiast poproszeni – z inicjatywy prymasa Polski kard. Wyszyńskiego – przy okazji pierwszej wizyty papieża w ojczyźnie. Wydaje się, że jednym z inspiratorów powołania tej sześcioosobowej komisji był kard. Franciszek Macharski. Byłem w niej jedyną osobą z Polski. Komisja miała wykazać, czy lekarze po zamachu wykonali wszystko jak należy. Trzeba było też uspokoić wiernych w świecie, że Ojcu Świętemu już nie zagrażają skutki zamachu. Zostaliśmy podzieleni na dwie trzyosobowe grupy. Byłem w zespole prof. Claude a Welcha, seniora chirurgów z Harvardu, i Kevina Cahilla, profesora epidemiologii z Nowego Jorku. Uczestniczenie w tej komisji pozwoliło nam na uzyskanie autentycznej informacji o stanie papieża po odniesionych ranach postrzałowych. Mówiono nam i pokazywano, co po kolei działo się od przyjazdu Ojca Świętego do Polikliniki Gemelli, co zostało wykonane w zabiegu operacyjnym. Po zbadaniu pacjenta wydane zostało oświadczenie, że zespół lekarzy z Polikliniki Gemelli udzielił Ojcu Świętemu pomocy niebudzącej żadnych zastrzeżeń.

Jak bardzo w tym czasie było zagrożone życie papieża?

W momencie tuż po zamachu, kiedy były wykonywane zabiegi chirurgiczne, jego stan był bardzo ciężki. Stracił dużo krwi, a z placu św. Piotra do polikliniki dotarła tylko bardzo nieprecyzyjna informacja, że papież został „uderzony” (wł. colpito). Nie było wiadomo, czy chodzi o uderzenie kamieniem, udar czy cokolwiek innego. Dopiero po przywiezieniu Ojca Świętego do polikliniki podjęto decyzję o natychmiastowej operacji. Tutaj okazało się też, jak czuwała nad rannym papieżem Boża Opatrzność, bowiem na oddziale chirurgicznym do planowej operacji chorego był przygotowany zespół pod kierunkiem nadzwyczaj utalentowanego chirurga, docenta Angela di Marzia. W krótkim czasie do zespołu chirurgów dołączył prof. Francesco Crucitti. Papież z powodu utraty krwi po zamachu, a także w czasie operacji wymagał uzupełniającej transfuzji. Przetoczono mu krew od żywego dawcy.

Wtedy doszło do zakażenia wirusami cytomegalii (CMV)?

Tak. Jeżeli krew jest pobrana od dawcy i przez 24 godziny pozostaje w chłodni, CMV przestają być aktywne. Na dodatek organizm papieża był osłabiony nie tylko przez operację, ale przez stres oraz leki i dlatego wirusy mogły bardziej się rozwijać, doprowadzając do infekcji.

Zdecydował zbieg okoliczności?

To był całkowity przypadek. Wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, ale aktualnie wiemy, że 80 proc. ludzi jest nosicielami wirusów CMV. One ujawniają się wtedy, gdy następuje osłabienie odporności organizmu.

Jakie to miało konsekwencje?

Ojciec Święty jest przykładem cudownego, choć bardzo intensywnego przebiegu zakażenia CMV. Podczas badań wykazano, że odporność na antygen cytomegalii u papieża była zerowa, a inne wyniki wskazywały na nadzwyczaj ostry przebieg choroby. W podobnych przypadkach chorzy tak przebiegającej infekcji nie przeżywali. W jednym dniu zauważono też podejrzane ognisko wirusowe w płucu, które zniknęło następnego dnia. Zakażenie CMV miało jednak dla Ojca Świętego ciężki przebieg. Już po pierwszym wyjściu ze szpitala miał stany podgorączkowe, a następnie temperatura ciała sięgała 39 stopni. To był tak trudny okres, że jak sam mówił mi później, miał wrażenie, iż „życie z niego uchodzi”. Dostawał duże porcje leków, które były nieskuteczne, a temperatura skakała. W takim stanie został ponownie, 20 czerwca 1981 r., przyjęty do polikliniki.

Po przesileniu choroby CMV, w sierpniu, Ojciec Święty był ponownie operowany. Jak przebiegała ta operacja?

Po uszkodzeniu jamy brzusznej i przewodu pokarmowego papież miał założonych bardzo dużo drenów. W miarę powrotu do zdrowia pozostawał jedynie problem przywrócenia pasażu jelitowego. Lekarze chcieli przełożyć tę operację na czas po wakacjach, kiedy nie będzie już takiego upału. Ojciec Święty natomiast pragnął wrócić do pracy w pełni sprawny. Wprosił się na posiedzenie zespołu leczącego – który nazwał „Sanhedrynem” – i uzasadniał lekarzom, że właśnie teraz, trzy tygodnie po zakończonej infekcji, jego odporność jest najlepsza. Sam do tego doszedł, a oni musieli mu przyznać rację! Zaproponował, żeby operacja była 5 sierpnia, i tak się stało. Z zespołem polikliniki uroczyście pożegnał się 13 sierpnia.

Wróćmy na chwilę do samego momentu zamachu. Jaka była trajektoria kuli, która trafiła papieża?

Pierwsza kula była skierowana przez zamachowca w stronę serca. Drasnęła ramię papieża, a następnie uszkodziła rękę uczestniczki audiencji Rose Hall z Jamajki i utknęła w śródpiersiu Amerykanki Anny Odre, urodzonej w Wadowicach. Żadna z nich nie ucierpiała poważnie.

A druga kula?

Ojciec Święty został ugodzony kulą, która zaledwie o 5–7 milimetrów minęła tętnicę biodrową. Tak ocenił śródoperacyjnie prof. Francesco Crucitti. Tor jej lotu został minimalnie zmieniony, gdy kula musnęła paliczek [koniuszek palca – red.] lewej ręki papieża. Ta kula uszkodziła jamę brzuszną i przebiła w kilku miejscach przewód pokarmowy, po czym wydostała się z organizmu bardzo blisko rdzenia kręgowego, nie naruszając jednak splotów nerwowych. Została ona znaleziona w samochodzie, którym poruszał się Ojciec Święty.

Jak papież znosił czas pobytu w szpitalu?

Mogę odpowiedzieć na postawione pytanie, ponieważ brałem także udział w pracach zespołu leczącego Jana Pawła II po zamachu na jego życie przez cały czas pobytu w Poliklinice Gemelli. Papież swą wewnętrzną postawą promieniował spokojem, dobrocią i pokorą wobec opiekujących się nim lekarzy, pielęgniarek. Można powiedzieć, że był wzorowym pacjentem. Podchodził z wielkim zrozumieniem i posłuszeństwem, niemniej zależało mu na tym, żeby wiedzieć, co dokładnie się dzieje i dlaczego wykonywane są takie czy inne zabiegi. Zgadzał się bez żadnych oporów na wszystkie badania, a każdy lekarz chciał chociaż zmierzyć ciśnienie, żeby potem mógł o sobie powiedzieć: „badałem papieża”.

Cały czas nadal żył sprawami Kościoła, a także ojczyzny. Zachował swój rytm modlitwy, rozmyślań i kontemplacji. Obserwował życie chorych, odbywał spotkania z możnymi tego świata, z pracownikami Watykanu, ale też urzędował – podpisywał dokumenty, przesłania, m.in. orędzie radiowo-telewizyjne do uczestników Kongresu Eucharystycznego w Lourdes. Jak zwykle nie oszczędzał się. Wiedział, że jest potrzebny dla swej misji apostolskiej. W tym czasie istotna była też nieustanna modlitwa papieża i zgromadzonych przy nim Polaków o losy naszej ojczyzny. Odmawiana wówczas Litania Narodu Polskiego z 1915 roku w zaktualizowanej wersji stała się również jego codzienną modlitwą.

Czy rekonwalescencja po postrzale była dla papieża także czasem kolejnego odkrywania sensu cierpienia, o którym pisał później w liście apostolskim „Salvifici doloris”?

Wszystko wskazuje na to, że Ojciec Święty wykorzystał w nim swoje przemyślenia jako chorego – o zakorzenieniu cierpienia w tajemnicy odkupienia świata, a także o sensie cierpienia ludzkiego, w którym człowiek odnajduje siebie, swoje człowieczeństwo, swoją godność i posłannictwo. To była także podstawa do ustanowienia w 1992 r. 11 lutego Światowym Dniem Chorego. Jednak już wiele lat wcześniej, kiedy jeździliśmy na kajaki, zadawaliśmy mu pytania o cierpienie, o zło w świecie. Także w Krakowie, gdy jako duszpasterz opiekował się służbą zdrowia, problemy cierpienia były ks. Karolowi Wojtyle bardzo bliskie.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama