Ludzie oddychają nadzieją

„On przyjedzie odmienić nasze serca, to my musimy zmienić przynajmniej ubranie” – mówią przed papieską pielgrzymką mieszkańcy Republiki Środkowoafrykańskiej.

Reklama

O pracy w kraju naznaczonym wojną, cukierkach rozdawanych przy odgłosie wystrzałów i afrykańskiej sztuce czekania z Małgorzatą Kiedrowską, świecką misjonarką pracującą w tym kraju już piąty rok rozmawia Beata Zajączkowska.

Beata Zajączkowska: Republika Środkowoafrykańska jest jednym z najbardziej niebezpiecznych krajów świata. Istnieją duże obawy, co do bezpieczeństwa papieża i pielgrzymów. Ty  w tym kraju pracujesz od kilku lat kierując ogromną szkołą. Nie boisz się?

Małgorzata Kiedrowska:  Lęk jest czymś co paraliżuje, nie pozwala się rozwijać, nie pozwala być naprawdę blisko tych, którym służymy. Lęk jest też po części zwycięstwem szatana, jego sukcesem. W Piśmie Świętym słyszymy „Nie lękaj się” aż 365 razy, każdego dnia Bóg mówi te Słowa do nas, z nadzieją, że któregoś dnia, w końcu w nie uwierzymy. Wierzę Jego Słowom. Myślę, że Ojciec Święty nie boi się głosić Ewangelii, nie boi się ataków słownych, krytyki medialnej w krajach posuniętych pod względem rozwoju cywilizacyjnego ale i nie boi się tych ataków fizycznych w krajach ogarniętych wojną. Obawiam się o moje dzieci, to naturalne. Gdy ktoś rano przyjeżdża z miasta i mówi, że w jakiejś z dzielnic była niespokojna noc, strzelanina, ataki, zaraz myślę, czy któryś z moich uczniów nie mieszka w tej właśnie dzielnicy. Ale doświadczam tego, że to Pan Bóg dał mi te dzieci pod opiekę i On sam się o nie troszczy.

Jak się pracuje w kraju trzeci rok ogarniętym krwawym konfliktem?

  Z archiwum Małgorzaty Kiedrowskiej - Patrzę na ten problem z perspektywy edukacji. Jest wiele szkół, które nie funkcjonują normalnie, nie mają takiej możliwości. Są to szkoły w dzielnicach, w których trwają niepokoje. Ta przerwa w edukacji spowodowała, że część starszych uczennic zostało wydanych za mąż. Nie były przygotowane do roli żony, matki, pod względem fizycznym, psychicznym, emocjonalnym. Nie ma możliwości kontynuowanie nauki dla uczniów zdolniejszych, ze względu na brak bezpieczeństwa na drogach, porwania, wyłudzenia, kradzieże, agresję fizyczną. Bardzo obniżył się też poziom edukacji ze względu na brak regularności. W szkole, którą się opiekuję, dzieci dostają codziennie ciepły posiłek. Dla dużej części z nich jest to podstawowy posiłek każdego dnia. Ze względu na niebezpieczeństwo przemieszczania się drogą prowadzącą do Kamerunu, gdzie jeździłam po zaopatrzenie, mam obecnie trudności z zakupieniem tak dużej ilości produktów spożywczych w uczciwych cenach.  Obserwuje się też, że rodzice mieszkający w stolicy, gdzie sytuacja jest ciągle napięta, posłali dzieci do krewnych na wioski, aby tam mogły kontynuować edukację. Spowodowało to, iż w tym roku szkolnym przyjęłam 60 dzieci więcej niż w ubiegłym. Póki co udało mi się odebrać z diecezjalnej stolarni brakujące ławki,  nie mam natomiast jeszcze możliwości uzupełnienia brakujących podręczników, gdyż muszę po nie jechać prawie 1000 km aż do stolicy Kamerunu - Jaunde. Znacznie obniżył się też status materialny rodzin, dlatego też nie stać ich na zapłacenie za edukację wszystkich swoich dzieci. Część dzieci, przeważnie dziewczynki, pracuje wraz z rodzicami w polu, albo sprzedaje na targu plony. Tylko starsi chłopcy są posyłani do szkoły.

Jesteś świecką misjonarką, kobietą - nie myślałaś o tym, by wrócić do Polski i przeczekać wojenną zawieruchę?

- Nie, nigdy. Obawiałam się, gdy dostaliśmy maile w tej sprawie z ministerstwa, że będę zmuszona ich opuścić. To, że zostaliśmy owocuje. Nie jeden raz w różnych okolicznościach powtarzali z dumą, że zostaliśmy z nimi. Gdy w zeszłoroczne mikołajki rozdawałam cukierki dzieciom z domu dziecka i dzieciom uciekinierów z obozu, który powstał przy naszej parafii, słychać było strzały. Maluchy wtulały się wówczas w ścianę. Jednak gdy tylko strzały umilkły znowu wyciągały rączki i przepychały się po kolejnego cukierka. Gdy rano przed Mszą chodziłam budzić uciekinierów, którzy spali w kościele na ławkach i na podłodze, prosząc by pozbierali swoje rzeczy, pozwijali maty na czas Eucharystii, wiedziałam, że to Bóg dzieli swój dom z tymi, którzy nie mają do czego wracać. Wojna to szczególny czas, gdzie okrucieństwo, zło, krzywda krzyczy jeszcze głośniej, a jej barwy są jeszcze bardziej jaskrawe, ale jest to też czas, gdy to, co najbardziej szlachetne, a często schowane, ukryte w głębi ludzkiego serca ujawnia się, aby przetrwać aż nastanie pokój. Ten kto wybiera czas, w którym jest razem z drugim człowiekiem, tak naprawdę nigdy w pełni mu się nie oddał. To nie tak, że ja byłam z nimi. Byliśmy razem, oni ze mną a ja z nimi i Bóg z nami.

Masz świadomość, że dajesz tym dzieciom szansę na lepsze życie?

  Z archiwum Małgorzaty Kiedrowskiej - Matka Teresa mawiała, że dzieci są uśmiecham Boga, na początku bardzo mnie bolało, że tutaj nie są otaczane troską, czułością, miłością. Byłam nawet zła na dorosłych, że tak jest... Teraz na każdym zebraniu z rodzicami mówię im jak bardzo kocham ich dzieci i jak wielkim skarbem są dla mnie, jak wielkim darem jest dla mnie to, że Bóg mi je powierzył... One są godne tej szansy. Niezaprzeczalnym jest ogromny wkład Kościoła w rozwój tego kraju i to, że to właśnie instytucje kościelne są filarami życia społecznego. I myślę, że zarówno zwykli mieszkańcy kraju, jak i jego władze mają tego pełną świadomość.

Papież będzie tylko w stolicy. Czy kilkaset kilometrów od niej, gdzie ty pracujesz widać przygotowania i jest świadomość tej wizyty?

- Od kiedy została ogłoszona wiadomość o tym, że Ojciec Święty chce odwiedzić naszą ojczyznę ludzie oddychają nadzieją. I nie jest to tylko poetyckie określenie, tani slogan. W parafiach codziennie modlą się, żeby wizyta papieża doszła do skutku, modlimy się, aby słowa, które do nas powie przemieniły nasze życie, naszą codzienność. Jest to dla nas ogromny zaszczyt i świadectwo odwagi, która prowadzi do zwycięstwa pokoju. Moje dzieci w szkole również modlą się, żeby papież do nich przyjechał.... mimo że to „do nich” wcale nie oznacza fizycznego spotkania, tylko wizytę w stolicy. Gdy powiedziałam moim uczniom, że wybieram się na spotkanie z Ojcem Świętym przyszli na przerwie i mówią: „Musisz zrobić dużo zdjęć papieżowi i wszystkie nam pokazać. Ale naprawdę dużo, a nie tak mało jak na rozpoczęcie roku szkolnego”. Dzisiaj, gdy jechałam do Bouar pomóc w przygotowaniach do pielgrzymki, zatrzymał mnie na barierze celnik i poprosił, żebym przywiozła mu jak będę wracać dwa różańce na palec, dla niego i jego żony, żeby mogli się elegancko prezentować podczas papieskiej wizyty. Gdy tylko pojawiły się w sprzedaży materiały okolicznościowe z wizerunkiem Franciszka, nasi pracownicy przychodzili z prośbą o zaliczkę na poczet wypłaty, żeby tylko mogli kupić te materiały i mieć pamiątkę. Jeden z nich prosząc o pieniądze powiedział: „On przyjedzie odmienić nasze serca, to my musimy zmienić przynajmniej ubranie”. W swojej prostocie, zwykli ludzie pokładają ogromną nadzieję, że obecność Ojca Świętego w naszej ojczyźnie sprawi, że zapanuje pokój. 

Czego ten czas misyjnej posługi w RŚA cię nauczył ?

- Często się nad tym zastanawiałam. Pewnie myśli o tym każdy misjonarz, zwłaszcza, gdy przychodzi czas kolejnej rocznicy od postawienia swoich stóp na tej brunatnej ziemi, która pachnie inaczej.... Uczę się czekać... Czekać na deszcz, na zbiory, na paczki, czy kontener, który przyjdzie z Polski, czekać na ludzi, którzy zbierają się na spotkanie... czekać aż zapanuje pokój... czekać i w tym czekaniu żyć tym, co Pan daje w tej właśnie chwili...  Uczę się służyć, bez względu na to kto prosi o pomoc, czy kto tej pomocy potrzebuje, otwartości na każdego kogo Pan posyła. Gdy posługiwałam na swojej pierwszej misji w Bagandou pewnego ranka bardzo nie chciało mi się wstawać na celebrację. Tego dnia nie było Mszy, ponieważ ksiądz pojechał do odległej wioski, aby tam sprawować Eucharystię. Wiedziałam, że jeśli nie wstanę wierni, którzy przyjdą wysłuchają wprawdzie Słowa Bożego, ale nie przystąpią do Komunii. Zmobilizowałam się i wstałam, ale nie miałam nawet siły porządnie się ubrać. Założyłam pierwszą spódnicę, która była na wieszaku, niewyprasowaną i niebieskie trampki w kratkę. Po celebracji podszedł do mnie ojciec chłopca, który kilka tygodni wcześniej zmarł w naszym szpitalu i powiedział: „Dziękuję, że przyjechałaś do RŚA. Dzięki temu ja mogłem dzisiaj przyjąć Jezusa. Gdyby nie On, nie miałbym siły przeżyć dzisiejszego dnia, tak bardzo boli mnie śmierć mojego syna. Dziękuję”. I odszedł. A mnie było wstyd, że tak bardzo nie chciało mi się wstawać i jednocześnie pomyślałam, że nawet jeśli przyjechałam na misję po to, żeby ten człowiek przeżył dzisiejszy dzień, to warto było. Nigdy do końca nie wiemy po co Bóg nas tu przysłał. Może właśnie dla tego, komu robimy opatrunek i którego z miłością dotykamy, by poczuł się godnym? A może do tego komu dajemy chleb, albo kogo uczymy alfabetu, albo do kogo uśmiechamy się mijając go po drodze. Uczę się kochać.

 

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama