Radość od kuchni

Zobaczyć jak rodzi się ta radość, która przed ołtarzem, na scenie czy ulicy, na stadionie, może drażnić serca zgnuśniałe, smutne, przepełnione goryczą i rozczarowaniem.

Reklama

„Ewangelizator nie powinien mieć cały czas grobowej miny” (EG 10). Z reguły nie ma. Więcej, gdy uczestniczymy w różnych formach ewangelizacji, mamy wrażenie doświadczania radości skumulowanej. Nagromadzonej w tak wielkiej ilości, tak intensywnej, że czasem zaczynamy się jej bać. Zaczynamy pytać o jej naturalność. Życie czy reżyseria. Bo tak wypada. Bo ma większą moc oddziaływania. Bo radość jest jednym z największych atutów świadka. (Radość, nie Jezus?)

Gdy umysł zaczynają trawić wątpliwości warto zajrzeć do ewangelizacyjnej kuchni. Czyli na zaplecze. Bo każda ewangelizacja takie ma. Sztab ludzi, długich przygotowań, przeżytych rekolekcji, spotkań, wycieczek, rajdów, projektowania ulotek, prób śpiewu, godzin adoracji. Koniecznie trzeba zajrzeć w te wszystkie miejsca. Po co? By zobaczyć jak rodzi się ta radość, która przed ołtarzem, na scenie czy ulicy, na stadionie, może drażnić serca zgnuśniałe, smutne, przepełnione goryczą i rozczarowaniem.

Zatem miejsce dla wielu bliskie. Gospodarze, udostępniając swój dom, czas, służąc pomocą, od lat wspomagają formowanie kolejnych ewangelizatorów. Siedzimy któregoś wieczoru przy stole i gawędzimy. O kłopotach, trudnościach, wybitych szybach, nieprzespanych nocach, kapryszących nad talerzem zupy. A gospodarz, ku zdumieniu wszystkich, podsumowuje całą rozmowę krótkim wyznaniem. „Przecież to frajda i radość wielka, gdy można zrobić coś dobrego i jakiś ślad po tym zostanie w sercu drugiego człowieka.”

Zadumali się wszyscy przy stole. Kilka miesięcy później pojechali na Spotkanie Europejskie. Trawili na modlitwie przesłanie brata Rogera. Coś tam do siebie szeptali. Proszę księdza, usłyszałem w drodze powrotnej, to nie może się skończyć w momencie wyjścia z autobusu. Mamy pomysł. Zróbmy świetlicę dla dzieciaków z ulicy. Podzielmy się dobrem. A dobro mnożyło się i mnożyło. Nie mogłem wyjść z podziwu. I zarażało. Chociaż nikt nie nazywał tego ewangelizacją. Janek, skąd masz tyle siły i cierpliwości? Nie pamięta ksiądz? Przecież to frajda i radość wielka, gdy można zrobić coś dobrego.

Potrafili ją dostrzec inni. Ta radość, ten zapał intrygowały. Jak to jest, pytała starsza pani, latają od rana do wieczora ciągle w coś zaangażowani, czy ich nic nie boli, nie są zmęczeni? Proszę pani, oni tak są zajęci służbą bliźnim, dzieleniem się dobrem, że nie mają czasu myśleć o tym, co ich boli.

Wracam do początków historii późniejszych ewangelizatorów, czyli do kuchni. Podczas godziny świadectwa dwunastoletni Andrzej opowiada bajkę. Stary ciem wysłuchuje młodą ćmę. Już wiem, co to jest światło. Daje blask. Ty – odpowiedział – jeszcze nie wiesz, co to jest światło. Następnego dnia młoda ćma podleciała bliżej świecy. Już wiem, mówiła kilka minut później. Światło to coś, co ogrzewa. Ty jeszcze nie wiesz – znów stary ciem – co to jest światło. Podczas kolejnej próby młoda ćma zatrzymała się w ogniskowej świecy i spłonęła. Dlaczego jej nie przestrzegłeś, zaczęły krzyczeć inne ćmy. Zadumał się stary ciem. Ona jedna, odparł po chwili, dowiedziała się czym jest światło.

Ewangelizator radosny. Nie świecący (błyszczący słowem). Nie grzejący (obietnicą łatwej miłości). Spalający się. Bo odkrył głębokie prawo rzeczywistości: życie wzrasta i staje się dojrzałe w miarę jak ofiarujemy je za życie innych (EG 10).


 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama